Projekt Łodź
Ratujmy szkoły zawodowe, dajmy miastu szansę
27 marca 2009 Tomasz Banasiak, Sebastian Rybarczyk

Poniżej prezentujemy Państwu pełną wersję artykułu Tomasza Banasiaka i Sebastiana Rybarczyka, jaki ukazał się w pierwszym numerze „Forum Łódź", specjalnego dodatku do „Polska Dziennik Łódzki".

 

O miejscu naszego miasta w globalnej gospodarce zdecyduje wiele czynników. Do jednych z najważniejszych należy ilość i jakość dostępnych na rynku osób z wykształceniem technicznym wszystkich szczebli. Miedzy bajki możemy już włożyć hasło „Łódź miejscem taniej siły roboczej". Taniej już nie, a czy wykwalifikowanej? Na wstępie należy się również zastanowić czy to jej koszt czy może jednak poziom wiedzy powinien być tym czynnikiem przyciągającym inwestorów do naszego miasta.

 

Potencjalny przedsiębiorca podejmując decyzję o zainwestowaniu w danym mieście kieruje się kilkoma podstawowymi czynnikami; uzbrojeniem terenu, otwartością władz miejskich, ilością ewentualnych kooperantów oraz dostępem do wykwalifikowanych pracowników. Przy tych warunkach Łódź stanowi nadal ze swoim potencjałem i liczba ludności najbardziej konkurencyjne miasto naszego regionu. Ale już widać na horyzoncie miasta takie jak Kutno czy Radomsko, które wyrastają na regionalnych liderów w pozyskiwaniu i obsłudze nowych inwestycji. Ich potencjał ludzki nadal nie jest wysoki, ale w perspektywie dekady lub dwóch ta sytuacja może ulec zmianie.

Do formułowania tego typu wniosku skłaniają chociażby ostanie badania demograficzne  Łodzi z których jasno wynika, że nasze miasto wyludnia się i starzeje w zastraszającym tempie. Jeżeli zanalizujemy dane dotyczące ilości inwestycji zewnętrznych w obszarze przemysłu ( a jest to jeden z najważniejszych wskaźników konkurencyjności miast) z ostatnich trzech lat, to okaże się, że olbrzymia większość z nich została zrealizowana poza Łodzią. W związku z powyższym musimy pamiętać, że Łodzi status centrum województwa nie został dany raz na zawsze i może się zdarzyć, że za kilkanaście lat, pracy będziemy poszukiwać w innych, teraz lekceważonych miastach regionu.

 

Masowa ucieczka

 

Dane jakie posiadamy na temat migracji naszej ludności nie w pełni odpowiadają stanowi faktycznemu. Osoby, które zdecydowały się na emigrację zarobkową do innych części naszego kraju, przede wszystkim Warszawy oraz ci, którzy wybrali emigrację zagraniczną nadal pozostają w większości osobami zameldowanymi w naszym mieście. Nawet jeśli pominiemy ten fakt to oficjalne statystyki są dla nas wyjątkowo niekorzystne. Jeszcze według spisu z 1998 r. Łódź zamieszkiwało 854 tys ludzi. W 2002 r. było nas już  tylko 789 tys., a to oznacza, że w przeciągu czterech lat ubyło 65 tys. mieszkańców. Według ostatnich danych z 2007 roku jest nas już tylko 753 tys. to jest o 36 tys mniej po pięciu latach.

W takiej sytuacji nie może dziwić fakt, że straciliśmy tytuł wicelidera w wielkości miast na korzyść Krakowa. Oczywiście tendencja pustoszenia miast jest ogólnopolska, ale w takiej skali dotyczy ona tylko Łodzi. Dla przykładu w latch 2000/2007 z Wrocławia ubyło 8 tys. mieszkańców, a z Krakowa tylko 2 tys. W tym samym, siedmioletnim okresie liczba naszych mieszkańców zmalała o 45 tys ! Jak widać problem depopulacji jest w Łodzi znacznie większy niż u „konkurencji".

Wpływ na taki stan rzeczy mają oczywiście czynniki starzenia się społeczeństwa oraz niskiego przyrostu naturalnego, ale bardzo ważnym elementem jest emigracja zarobkowa.

 

Miasto politologów i filozofów

 

Według badań przeprowadzonych przez Fundację „Projekt Łódź" w styczniu 2006 r. na reprezentatywnej grupie studentów czwartego roku łódzkich uczelni publicznych, aż 51,7% badanych deklaruje zamiar opuszczenia Łodzi po ukończeniu studiów. 47,5% osób deklarujących chęć wyjazdu jako główny powód podało możliwość uzyskania pracy odpowiedniej do posiadanych kwalifikacji.

I nic w tym dziwnego, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że w ostatnich dwóch dekadach skoncentrowaliśmy się na kształceniu ogólnym na poziomie licealnym oraz humanistycznym na poziomie studiów wyższych. Łódzkie uczelnie wyższe są maszyną produkującą politologów, socjologów, ekonomistów, filozofów, marketingowców itp. Ludzie ci, trafiając po studiach na rynek pracy, nie są wstanie w swojej masie zrealizować swoich ambicji i uzyskać pracy w wyuczonym zawodzie.

Ponieważ większość studentów kierunków humanistycznych ukończyła licea ogólnokształcące nie posiada kompetencji do wykonywania jakiegokolwiek zawodu poza wyuczonym na studiach. Według danych za lata 2007/08 nam kierunkach humanistycznych wszystkich łódzkich szkół wyższych studiowało w przybliżeniu 76.525 osób. Dla porównania na kierunkach inżynierskich i ścisłych w tym samym okresie studiowało 31.239 studentów z czego aż prawie dziesięć tysięcy to informatycy. Osoby z wykształceniem humanistycznym trafiają przede wszystkim do administracji publicznej różnych szczebli, organizacji pozarządowych, sektora usług, pionów marketingu firm lub na listę bezrobotnych. Biznes zwłaszcza produkcyjny poszukuje głownie pracowników technicznych różnych szczebli, a to on nadaje rytm rozwoju miasta. Łódź pozbawiona znaczących zabytków i mało rozreklamowana turystycznie powinna rozwijać się w oparciu o przemysł i nowe technologie

 

Problem podstawowy

 

Rozwiązaniem kluczowych problemów rynku pracy i zagospodarowania studentów kierunków humanistycznych powinna być edukacja na poziomie technicznym i zawodowym. Optymalnym rozwiązaniem byłoby kierowanie uczniów gimnazjów, głownie chłopców, do szkół zawodowych i technicznych. Po ich ukończeniu nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozpoczęli studia historyczne, socjologiczne czy jakiekolwiek inne, jednak wartością dodaną byłoby posiadanie przez nich innego, technicznego wykształcenia. W sytuacji kryzysowej mogliby poprzez system szkoleń uzupełniających wiedzę techniczną, trafić na rynek pracy i budować dobrobyt naszego miasta.

Ale tu pojawia się problem. Od 1990 roku, nasz system edukacji nakierowany jest na średnie szkolnictwo ogólne, przy prawie całkowitym zaniechaniu rozwoju szkolnictwa zawodowego i technicznego. Liczby mówią same za siebie.

W roku 1995 było w Łodzi 135 szkół technicznych i zawodowych, z czego tych ostatnich 36, co daje podstawy do wyciągnięcia wniosku, iż nasze szkolnictwo techniczne było nastawione bardziej na wykształcenie wysoko wykwalifikowanej kadry średniego szczebla, kosztem robotników mniej wykwalifikowanych. Liczba łączna uczniów szkół technicznych wynosiła 26.644 z czego 10.334 to uczniowie szkół zawodowych. Oznacza to, że osoby te w chwili obecnej są w przedziale wieku 30/35 lat i stanowią nadal główną siłę wysoko wykwalifikowanej kadry dla potencjalnych pracodawców.

Jednak ten dobry trend został powstrzymany już w pierwszych latach nowego tysiąclecia. Jeszcze w roku dwutysięcznym liczba techników wynosiła 87, a szkół zawodowych 34. W obu przypadkach ogólna liczba uczących się oscylowała około 20.261 osób, z czego 6586 było uczniami szkół zawodowych. Większość z tych osób trafiła już na rynek pracy.

Niechlubny rekord w „dożynaniu" szkolnictwa zawodowego ma obecna administracja miejska. W 2007 r. liczbę techników w porównaniu z rokiem 2000 zredukowano z 87 do 23 (spadek o 73%),  a szkół zawodowych z 34 do 16 (spadek o 53%). Jednak skalę problemu widać dopiero przy porównaniu liczby uczących się, a spadły one drastycznie; z 6586 uczniów szkół zawodowych w 2000 do 1918 w 2007. Nie inaczej jest z technikami. W 2000 r. uczyło się ich 13.675. W 2007 już tylko 4882. Taka sytuacja oznacza zapaść na rynku pracy i praktycznie przyblokowanie możliwości pozyskania znaczących inwestycji w najbliższej przyszłości z powodu płytkiego rynku pracy. Już dziś takie firmy jak DELL czy BSH sygnalizują problemy związane z rekrutacją pracowników. A problem będzie narastał. Czy jedynym rozwiązaniem jest import siły roboczej z Rumunii, Ukrainy, Indii czy Chin?

 

Jak wyjść z impasu?

 

Koronnym argumentem urzędników za likwidacją szkolnictwa technicznego jest jego kosztowność. Oczywiście wykształcenie elektryka, budowlańca czy mechatronika jest droższe niż absolwenta liceum opowiadającego banialuki o „szklanych domach" Żeromskiego. Problem polega jednak na tym, że „młodocianych" krytyków literackich w przedsiębiorstwach wielu nie trzeba, a hydraulików a jakże.

Traktowanie szkolnictwa uczącego zawodu jako drugoplanowego odczuwają instynktownie także i rodzice, decydujący na tym etapie o rozwoju swojego dziecka i postrzegają technika i szkoły zawodowe jako "gorsze", tak pod względem wykształcenia jak i bezpieczeństwa. To jeden z powodów braku zainteresowania nauką zawodu.

Czy istnieje, zatem droga wyjścia z obecnej sytuacji? Tak, gdyż w chwili obecnej istnieje już kilka rozwiązań, które można implementować na rynek łódzkiej edukacji, a które mogą ze sobą współdziałać.

Do głównych z nich należy, po pierwsze konieczność wprowadzenia „bonu edukacyjnego", to jest rozwiązania polegającego na tym, że pieniądze przeznaczone na edukację w miejskim budżecie idą za uczniem, a nie jak obecnie sztywno przypisane są do danej szkoły.. To od ilości uczniów zależy jak będzie się kształtował budżet placówki i ile będzie mogła ona wydać na poprawę nauczania, inwestycje czy bezpieczeństwo. Przy takim rozwiązaniu szkoły lepsze, będą miały większe budżety, a bon spowoduje konkurencje pomiędzy nimi, ich dyrektorami i nauczycielami, gdyż wynagrodzenie będzie również zależało od atrakcyjności szkoły.

Po drugie należy we wszystkich szkołach uczących zawodu wprowadzić kształcenie modułowe, co oznacza, że tylko nauka teoretyczna w ograniczonym zakresie odbywa się w placówce, a praktyczna w wybranym zakładzie pracy. Rozwiązanie to odróżnia od dotychczasowego subtelna, ale ogromna różnica polegająca na tym, że rezygnujemy z nauczania na korzyść uczenia. Według Adama Paprockiego, dyrektora Izby Rzemieślniczej w Łodzi „w kształceniu modułowym proces uczenia przeważa nad procesem nauczania, umiejętności opanowane w ramach poszczególnych modułów dają możliwość określonego zakresu pracy, programy nauczania są elastyczne, poszczególne jednostki można wymieniać (...) dostosowywać do poziomu wymaganych umiejętności, potrzeb gospodarki oraz lokalnego rynku pracy". Niebanalnym zyskiem z tego rozwiązania jest ograniczenie nakładów na infrastrukturę konieczną do zapewnienia zajęć praktycznych - co spowoduje oszczędności w budżecie miejskim - gdyż znajduje się ona już w przedsiębiorstwach.

Po trzecie wreszcie należy rozwinąć dotychczasową sieć klas patronackich. Takie rozwiązanie zostało przyjęte na przykład w Zespole Szkół Ponadgimnazialnych nr 9 i 10. Powstały tam klasy o profilu mechatronika, których patronem jest firma BSH, jeden z inwestorów w Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Patronat polega na wspieraniu rozwoju zawodowego młodych ludzi poprzez dostosowanie programu do potrzeb firmy, organizowanie praktyk, fundowanie stypendiów, sponsoring związany z kształceniem, finansowanie dodatkowej nauki i oczywiście zatrudnieniu po zakończeniu szkoły

 

Jak widać z powyższego podstawowe rozwiązania naszych kłopotów już są. Tak naprawdę jest już za późno na debaty o tym, co robić, nadszedł czas działań, szybkich i zdecydowanych.

 

Autorzy tekstu chcieliby złożyć szczególne podziękowania kierownictwu i pracownikom GUS oddział w Łodzi, Łódzkiemu Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, Fundacji „Projekt Łódź" oraz firmie BSH.

Cytat za czasopismem „W Centrum" nr 10 luty 2009-03-10

 

 

Tomasz Banasiak - zastępca dyrektora Departamentu Strategii i Rozwoju ŁSSE S.A, koordynator programu „Strefa Edukacji", zachęcającego młodzież do edukacji w szkołach technicznych

 

Sebastian Rybarczyk - członek Rady Fundacji „Projekt Łódź".

 «  wstecz
Komentarze
*Autor:
*Komentarz:
* pola wymagane
Fundacja Orientacja abcnet Federacja Młodzieży WalczącejFREE Stowarzyszenie KoLiber  Instytut Soieskiego Instytut Tertio MillennioPolsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego
Asia-Europe Society ATLAS CADI CATO INSTITUTE The Heritage Foundation Manhattan Institute Policy Research
design by KAMIKAZE