Zatem wygląda na to, że będziemy mieli wcześniejsze wybory. Proszę podzielić 300 mln złotych przez liczbę Polaków, a wyjdzie, ile każdy z nas za tę przyjemność zapłaci. Taki przynajmniej jest stan rzeczy 17 stycznia wieczorem, po spotkaniu liderów PO z prezyden-tem. Już jutro po południu sytuacja może być przecież całkiem inna.
Bo może pan prezydent nie zdecyduje się na rozwiązanie parlamentu, nawet jeśli ten nie uchwali budżetu. Chyba że jednak się zdecyduje, bo tak się przecież nie da rządzić, jak w chwili irytacji wyznał prezydencki brat bliźniak. Chyba że koalicja jednak zostanie zawarta. Chyba że nie da się jej zawrzeć z tą wstrętną, antypaństwową Platformą Obywatelską, a prze-cież zawieranie jej z Samoobroną to by była kompromitacja. No, chyba że by nie była, bo Andrzej Lepper jest ostatnio bardzo odpowiedzialny i w ogóle. Chyba że… Pogubili się Pań-stwo? Proszę się nie przejmować – ja także. Powtarzając za Gombrowiczem – nie jestem ja na tyle szalony, aby coś mniemać albo i nie mniemać.
Widzę natomiast wyraźnie, że Jarosław Kaczyński wzniósł polską taktykę polityczną na nowy poziom. Tak po mistrzowsku chaosu nie wykorzystywał chyba jeszcze nikt. Tylko coś mi się kojarzy, że w kampanii wyborczej hasło PiS nie brzmiało: „Pokażemy nowy wymiar politykowania”. To jakoś inaczej szło. Zdanie, jakie ostatnio najczęściej słyszę z różnych stron, brzmi: „Nie tak miało być”.
Kaczyński podporządkował taktyce absolutnie wszystko. Taktyka stała się celem sa-mym w sobie. Naprawa państwa, IV RP, tanie państwo – te hasła gdzieś tam sobie jeszcze powoli bledną w kącie za szafą. O nich można by oczywiście dyskutować, bo jest o czym – program PiS (jeśli przyjąć, że taki istnieje) nie jest bynajmniej bezdyskusyjny, zwłaszcza je-żeli ktoś ma poglądy – o zgrozo! – liberalne. Ale ta dyskusja nie miałaby teraz sensu, bo od wyborów parlamentarnych Polska jest tylko na bieżąco zarządzana, nie rządzona.
Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się sprawić, że nawet te kwestie, które w normalnych warunkach mogłyby mieć merytoryczne znaczenie, stały się tylko częścią taktycznej gry. Weźmy choćby wprowadzenie do rządu Zyty Gilowskiej. Gdyby to się stało w spokojnych, stabilnych okolicznościach, ucieszyłbym się, odbierając to jako sygnał, że PiS-owski rząd odchodzi od socjalistycznych haseł na rzecz rozsądnego liberalizmu. Tylko że włączenia Gi-lowskiej do rządu nikt tak nie odebrał. Objaśnienia tego posunięcia kręciły się wyłącznie – i słusznie – wokół dokopania Platformie i chęci przyciągnięcia do PiS grupy platformowych polityków.
W moim ulubionym filmie „Rosencrantz i Guildenstern nie żyją” jest scena, gdy boha-terowie, zdążający do Elsynoru, usiłują sobie przypomnieć, dlaczego właściwie tam jadą. Ma-jaczy im się, że o poranku zbudził ich jakiś posłaniec, ale ostatecznie nie są w stanie przypo-mnieć sobie nawet, który z nich to Guildenstern, a który Rosencrantz. Czasem się zastana-wiam, czy Jarosław Kaczyński pamięta jeszcze, o co mu właściwie na początku tej gry cho-dziło (a także, który z bliźniaków to Lech, a który Jarosław). Ja pamiętam świetnie, czego oczekiwałem jeszcze 10 miesięcy temu i wiem – by znów odwołać się do klasyka – że „nie o take Polske” mi chodziło.
Pamiętają Państwo mit o Syzyfie? Proszę sobie teraz wyobrazić, że odbywają się nowe wybory, PiS dostaje 155 posłów, PO 132, Samoobrona 56… I cały cyrk zaczyna się od po-czątku. Patrząc na to, nawet Syzyf pękałby ze śmiechu.