Impresje z podróży- Rosja
29 kwietnia 2008
Wszyscy już zdążyliśmy się przyzwyczaić do zagranicznych wyjazdów. Jeśli sami nie mieliśmy okazji popracować za granicą czy pozwiedzać, to na pewno wśród naszych znajomych znajdzie się kilka takich osób. Granice najpierw nam spowszedniały, a od końca ubiegłego roku zupełnie przestaliśmy je zauważać. Kiedy jednak zapytamy o kierunki tych wojaży, niezmiennie słyszymy znany zestaw odpowiedzi: Anglia, Szkocja, Irlandia, kraje śródziemnomorskie…Prawdziwą terra incognita, szczególnie dla młodych ludzi, pozostają nasi wschodni sąsiedzi na czele z Rosją.
Nasz największy terytorialnie sąsiad działa na wyobraźnię coraz większej liczby Polaków oraz popycha do podjęcia wyzwania jego odkrycia. Zapaleńców na pewno nie zrażą liczne formalności i inne utrudnienia. Jeśli czujemy się pewnie w obcym kraju i jako-tako znamy język, możemy pokusić się o rezygnację z wycieczek objazdowych i innych usług biur podróży. Samodzielny wyjazd zapewnia większą niezależność przy planowaniu, więcej wrażeń z pobytu i większą satysfakcję. Aby uniknąć przykrych niespodzianek, warto się do takiego wypadu dobrze przygotować.
Przed wyjazdem
Podstawą, jak w większości przedsięwzięć, jest dobre planowanie. Najlepszą porą, aby odwiedzić Rosję jest niewątpliwie lato. Ciepła pogoda i długi dzień umożliwiają optymalne wykorzystanie czasu na poznawanie kraju i jego mieszkańców. Jeśli wybór padł na Kaukaz, inne wysokie góry lub Daleki Wschód, trzeba zasięgnąć dokładniejszych informacji na temat lokalnego klimatu.
Nie warto liczyć na podobieństwo słowiańskich języków ani na znajomość angielskiego czy niemieckiego wśród Rosjan (z wyjątkiem młodzieży i mieszkańców dużych miast). Jeśli nie czujemy się pewnie ze swoimi umiejętnościami językowymi, lepiej zorganizować większą grupę, w której znajdzie się ktoś mogący służyć pomocą. Z doświadczenia wiem, że dobra znajomość rosyjskiego pozwala uniknąć wielu problemów, zjednuje sympatię ludzi i pozwala zaoszczędzić sporo pieniędzy (o czym dalej).
Wizę…tak jak bilety, załatwiamy odpowiednio wcześniej. Nie zawsze jest to takie proste, jak się wydaje. Z problemami na pewno muszą się liczyć wyjeżdżający na Kaukaz. Najczęściej jest to zwykła biurokracja, mająca zniechęcić do wyjazdu w niespokojne rejony i jedynym wyjściem jest wytrwałość.
Granice
Najlepszy stosunek cena-warunki daje podróż pociągiem. Ponadto rosyjska kolej jest szokująco punktualna, przez 5 miesięcy pobytu tylko raz (!!!) trafiłem na spóźniony skład. Najszybciej, bo w ok. 20 godzin dojedziemy z Warszawy do Moskwy bezpośrednim pociągiem przez Białoruś (uwaga na obowiązek posiadania białoruskich wiz tranzytowych, ponieważ w przypadku jej braku bezceremonialne wyrzucenie z pociągu i powrót do Polski stanie się faktem). Zaoszczędzimy robiąc dwie przesiadki (dojeżdżamy do Terespola, przesiadamy się do przygranicznego pociągu do Brześcia, w Brześciu wsiadamy w pociąg do Moskwy). Drugą możliwością jest przejazd przez terytorium Ukrainy- oczywiście, jeśli naszym celem jest południe Rosji. A teraz minusy oszczędzania: na pierwszym miejscu wymieniłbym problemy ze zdobyciem biletów kolejowych. Ilość miejsc w rosyjskich pociągach jest ograniczona i o „projezdnyje dokumienty” trzeba zatroszczyć się z kilkudniowym wyprzedzeniem. Szczególnie, jeśli robimy przesiadkę w Moskwie i jedziemy dalej na Syberię. Ale od niedawna i na to znalazł się sposób: od kilku miesięcy raz w tygodniu kursuje bezpośredni pociąg (w rzeczywistości wagon, doczepiany do różnych pociągów) z Warszawy do Irkucka. Niestety przejeżdża przez Białoruś i bez dodatkowego wydatku na wizę się nie obędzie.
Kontrole
Na granicy nie ma kontroli bagażu jako takich, celnicy wierzą temu, co napisaliśmy w deklaracji celnej. Trzeba się jednak liczyć z wybiórczymi kontrolami części bagażu, mającymi na celu „sprawdzenie deklaracji ze stanem rzeczywistym”, oraz przetrząśnięciem całego wagonu, kiedy wraca się do Polski. Oprócz deklaracji celnej, wypełniamy kartę migracyjną w dwóch egzemplarzach. Deklaracja i jedna karta zostaje u służb granicznych, druga karta migracyjna zostaje z nami. Od tej chwili staje się najważniejszym, obok paszportu, dokumentem. Okazujemy ją milicji i innym służbom podczas kontroli oraz oddajemy na granicy przy wyjeździe z Rosji. Zgubienie lub zniszczenie karty powoduje poważne nieprzyjemności na czele z mandatem, koniecznością wyrobienia nowej karty (w głębi Rosji tylko na międzynarodowych lotniskach), czy możliwością zatrzymania. Dlatego wszelkie dokumenty lepiej skserować i przechowywać w innym, niż oryginały, miejscu. Podczas kontroli wiele zależy od kontrolujących, którzy wiedząc, że mają do czynienia z cudzoziemcem, czasami próbują wyłudzić pieniądze licząc na nieznajomość prawa lub swobodnie je interpretując. Wtedy najlepiej udawać biedniejszego, niż się jest w rzeczywistości, nie mieć przy sobie dużych sum pieniędzy i nic nie wspominać o kartach bankomatowych (słyszałem o kuriozalnym przypadku wypłacania z bankomatu łapówki w towarzystwie milicji – nawet, jeśli to bajka, to jak to każda bajka, zawiera pewnie w sobie ziarnko prawdy). I najważniejsze: nawet gdyby porządnie nas nastraszyli aresztem, deportacją i zakazem wjazdu do Rosji nie ryzykujmy propozycji „finansowego” rozwiązania problemu jako pierwsi. Można wpaść z deszczu pod rynnę…
Meldunek
Po dotarciu do miejsca przeznaczenia mamy 3 dni robocze na zameldowanie się („registracja”). Pierwszego meldunku dokonuje zapraszająca organizacja lub osoba prywatna. Najłatwiej zrobić to w hotelu, który ma obowiązek meldować zatrzymujących się w nim cudzoziemców. W kolejnych miejscach pobytu mogą nas meldować już nasi znajomi, 3-dniowy okres dopuszczalnego pobytu bez rejestracji obowiązuje w przypadku każdej zmiany miejsca pobytu. Najszybciej i najtaniej wypełnić zawiadomienie na poczcie (musi być z nami osoba nas meldująca) i wysłać do najbliższego oddziału Federalnej Służby Migracyjnej. W razie kontroli oprócz aktualnej rejestracji i karty migracyjnej dobrze jest mieć bilety, będące potwierdzeniem dnia i godziny przyjazdu do innego miasta. W praktyce legitymować się trzeba w Moskwie i na Kaukazie. Podczas 5 miesięcy, które spędziłem w innych rejonach Rosji, nie wylegitymowano mnie ani razu.
Zwiedzanie
W większości muzeów, galerii i innych miejsc z biletowanym wstępem obowiązują podwójne cenniki: jeden dla Rosjan i obywateli państw byłego ZSRR oraz drugi dla pozostałych „inostranców”. Nie muszę dodawać, że to obcy muszą więcej płacić, przeważnie 2-3 razy więcej. Mając dobrą wymowę i akcent można pokusić się o udawanie Rosjanina i trochę zaoszczędzić. W przypadku zdemaskowania nic nam nie grozi, oprócz droższego biletu. Mnie, po 4 latach studiów filologicznych zawsze się udawała taka sztuka. Z jednym wyjątkiem: Galeria Trietiakowska w Moskwie. Mimo ćwiczeń oraz wielokrotnych prób w różnych kasach, panie kasjerki stanowczo odmawiały mi sprzedaży tańszego biletu (czyżby efekt jakichś dodatkowych szkoleń?). Także w Moskwie przy próbie kupna biletu kolejowego możemy zostać odesłani do kas Inturistu z droższymi biletami. Wtedy po prostu nie zrażamy się niepowodzeniem i próbujemy w innej kasie. Szanse na sukces są zdecydowanie większe niż we wspomnianej już przeze mnie Galerii Trietiakowskiej. Zdecydowanie lepiej ma się sytuacja z biletami poza stolicą i Petersburgiem, gdzie nie trafia wielu obcokrajowców: nadal spotkamy się ze zróżnicowanymi stawkami, ale już znacznie niższymi. Również łatwiej będzie nam kupić tańsze wejściówki, a na dworcach nikt nie każe kupować biletów w droższych kasach, bo ich po prostu nie ma.
W podróży
W pociągu czeka nas pierwszy kontakt z Rosjanami, ich kulturą i obyczajami. Jeszcze w trakcie odprawy celnej, podczas dwugodzinnej przerwy na wymianę podwozia, połowa pasażerów wyciąga z plecaków i toreb podróżnych piwo albo coś mocniejszego. Nie kupiliśmy wcześniej? Nic strasznego. Do sklepu nas nie wypuszczą, więc sklep przyjdzie do nas. A dokładniej przez wagon przetoczy się kilkanaście kobiet w różnym wieku ze wszystkim, czego dusza zapragnie. Z trunkami, zakąską, domowymi obiadami (jeszcze ciepłymi!), papierosami, słodyczami, owocami, gazetami…Wszystko „za półdarmo, specjalnie dla nas, trzeba brać bo za chwilę nie będzie”. Namowy bywają bardzo nachalne, czasami zdarzają się próby „brania klienta na litość”. Podstawa to nie dać zamydlić sobie oczu i targować się do upadłego. Zresztą ceny na granicy i tak są zawyżone, na następnych stacjach wszystko jest znacznie tańsze. Rzeczywiście można najeść się do syta za półdarmo. Z typowego „peronowego” polecam pirożki (ciepłe bułeczki z różnymi nadzieniami – mięso, kapusta z grzybami, ziemniaki, owoce), oraz wszechobecne latem arbuzy.
Po nasyceniu pierwszego głodu ze spokojem możemy oddać się rozmowom ze współpasażerami. Niezapomnianych wrażeń dostarcza podróż wagonem „płackartnym”, bez przedziałów, z 56 miejscami do leżenia. Człowiek szybko się przyzwyczaja do braku prywatności: wiadomo, co kto robi, je, kiedy idzie do toalety albo umyć zęby. Im dalej od stolicy, tym większą ciekawość budzi obcokrajowiec w takim miejscu („dziwne, nie stać tych z Zachodu na lepsze miejsca”). A biorąc pod uwagę odległości w tym ogromnym kraju, dłuższa podróż trwa dziesiątki godzin. I nie sposób nie poznać i nie porozmawiać z najbliższymi współpasażerami znajdującymi się – tak mniej więcej – w promieniu 5 metrów od naszego miejsca.
Najważniejszą osobą w każdym wagonie jest „prowodnik” – konduktor. Oprócz sprawdzania biletów przy wejściu (trzeba pokazać bilet i paszport, na który został kupiony) prowadnik zajmuje się utrzymaniem czystości w wagonie, wydaje i zbiera pościel, budzi pasażerów i opiekuje się nimi. Z pozostałych czynności konduktorów wymieniłbym obowiązek zamykania toalet na czas przejazdu przez duże miasta. Pasażerowie zwykle są uprzedzani o tym, ale nie zawsze odpowiednio wcześnie…Ogólnie najlepiej w roli konduktorów sprawdzają się panie po 40.
Mniej komfortowo wygląda podróż autobusem na liniach wewnętrznych. Na nocnych trasach niektórzy pasażerowie „znieczulają się” solidną dawką napojów wyskokowych. Wiele dróg oraz umiejętności kierowców pozostawiają wiele do życzenia. Znaki drogowe, ograniczenia prędkości wielu traktuje jako sugestie, z których można skorzystać, ale nie trzeba. Bilet lepiej kupić w kasie z wyprzedzeniem, mamy wtedy zapewnione miejsce. Można też spróbować dostać się do autobusu „nielegalnie”, zapłacić bezpośrednio kierowcy, zwykle połowę ceny. Ten system nie zawsze jednak działa: albo jest za mało wolnych miejsc, albo kierowca jest uczciwy i nie dorabia do pensji.
Typowo rosyjskim środkiem transportu jest „marszruta”, busik z zadziwiająco dużą pojemnością. Jedynie w Moskwie zostały one wyparte z ulic przez znane w reszcie Europy przegubowce i niskopodłogowce. Zarówno w autobusach jak i marszrutkach trudno o miejsce siedzące. Z powodu braku rozkładów komunikacji miejskiej (są tylko przybliżone częstotliwości kursowania oraz godziny pracy linii) kierowcy zwykle opóźniają wyjazd na trasę, licząc na więcej klientów i zaoszczędzone paliwo. Litr kosztuje połowę tego, co u nas, co korzystnie przekłada się na ceny biletów. Płaci się za przejazd, a nie minuty, od razu po wejściu do środka. Bilety sprzedaje konduktor (w tej roli najczęściej żona kierowcy) lub sam kierowca. Próby uchylenia się od opłacenia przejazdu skutkują zwykle osobistym pofatygowaniem się konduktora, nawet na drugi koniec pojazdu bez względu na poziom ścisku w nim panujący i wywołane przezeń potrącenia, nadepnięcia itd. Ludzie nie zwracają na to uwagi, komfort podróży jest sprawą drugorzędną, liczą się cena i czas. Podobnie rzecz się ma w autobusach publicznych, oprócz ścisku i konduktorów zdarzają się kontrole biletów. W zależności od miasta występują często, albo sporadycznie. Znaczenie ma tutaj stawka mandatu za jazdę na gapę. A ta waha się od 5-krotności ceny biletu (4-5 zł) do 150-krotności.
Oficjalne kontakty
Wszystko zależy od pozycji, jaką się zajmuje. W urzędach i podczas kontroli liczmy się z chłodną wyniosłością, typowym zachowaniem „czynowników”, odziedziczonym po czasach sowieckich. Źródeł upatrywał bym jednak w bizantyjskości władzy, potrzebie podkreślenia swojej pozycji, a ze strony obywateli zakorzenionym respektem przed mundurem i urzędem.
Obyczaj jest silnie zakorzeniony i mimo narzekań ludzi nie widać jakichkolwiek działań mających zmienić tę sytuację. Przy każdej okazji dawano mi odczuć, że jestem intruzem, który zakłóca spokój urzędnika. Spóźnianie się pracowników jest nagminne, podobnie jak przetrzymywanie petentów bez powodu i marnowanie ich czasu. Dodatkowy dystans w gabinetach buduje się poprzez stawianie krzeseł dla interesanta w odległości 2-3 metrów od biurka urzędnika. Ze wszystkich rodzajów „uprzykrzaczy” najgorsi są naczelnicy. Mój ulubiony (służby migracyjne) przeprowadził ze mną cały wywiad, zanim postawił pieczątkę na potrzebnym mi dokumencie. Nasi rodzimi urzędnicy chyba nie są aż tacy źli…
Zwykli ludzie
Są jednym z głównych powodów, dla których warto wybrać się na Wschód. Wystarczy wyjechać poza Moskwę, aby odczuć na własnej skórze szczerą gościnność (muszę przyznać, że w tym rzeczywiście im nie dorównujemy), otwartość, pomocność, i wiele innych cech składających się na osławioną „rosyjską duszę”. Wieczory i noce spędzone na rozmowach są w stanie zamazać każde nieprzyjemne wspomnienie związane z pobytem. Rosjanie mają mniejszą niż my skłonność do narzekania, raczej godzą się z otaczającą ich rzeczywistością. W każdym niepowodzeniu wolą szukać jakichś pozytywnych stron. Wykazują dużą zdolność do wyrzeczeń i przystosowywania się, godzenia ze swoim losem oraz cierpliwość. Z drugiej strony można na to patrzeć negatywnie, jak na przejaw osławionej w literaturze obłomowszczyzny – pasywności, lenistwie, bezczynności połączonej z marzycielstwem o lepszym życiu. Pewnie dlatego większość narodu chwali sobie obecną stabilizację i wierzy zapewnieniom władzy o jeszcze lepszym jutrze.
W stosunku do władzy i spraw publicznych wykazują dużą obojętność. Mimo wyborów do Dumy i nowego prezydenta, mało kto tak naprawdę się nimi interesował. Dla zwykłego człowieka był to spektakl, który ma swój scenariusz i reżyserów. Popularny dowcip mówił: „władza nie pozwoli społeczeństwu sfałszować wyników wyborów”.
Polacy są postrzegani raczej pozytywnie. Zdarzające się od czasu do czasu histeryczne reakcje prokremlowskich mediów na poczynania naszych polityków nie są brane za dobrą monetę. Zadziwiająco wielu Rosjan, których spotkałem, miało okazję odwiedzić Polskę i nie wierzy negatywnej propagandzie. Dla reszty jesteśmy zagadką, co wynika z ograniczonej w porównaniu z czasami PRL i ZSRR liczby kontaktów. Ci, którzy znają Polskę, Polaków i naszą historię, najbardziej nam zazdroszczą buntowniczego usposobienia („Polacy już dawno by coś z tym zrobili”). Z rzeczy bardziej przyziemnych – stosunkowego bogactwa i możliwości wynikających z przynależności do Unii Europejskiej. Historię także tłumaczą po swojemu. Dziwi ich ciągłe „odgrzewanie” sprawy Katynia („przecież już przeprosiliśmy” „naszych zginęło w łagrach znacznie więcej”), a wojna dla ZSRR zaczęła się 22 czerwca 1941 roku. Jednak szczera dyskusja często zmieniała ich punkt widzenia, tak jak i mój w wielu kwestiach. Niestety polscy i rosyjscy politycy nadal wolą pokrzykiwać na siebie, a tak wiele mogli by nauczyć się od swoich obywateli.
Pozostaje tylko mieć nadzieję, że stale postępujące uszczelnianie granic nie spowoduje dalszego ograniczania kontaktów i wzajemnego poznawania się Polaków i Rosjan. W końcu głupio było by nie znać swoich sąsiadów.