Projekt Łodź
Nie wolno głośno mówić!
16 czerwca 2008 Andrzej Ryś
Niedopowiedzenia. To na nich zbudowano mity założycielskie III Rzeczpospolitej. Niedopowiedzenia, miały pomagać w budowie nowego, demokratycznego społeczeństwa. Zakładano, że prawda o transformacji może tylko zaszkodzić. W czym? To zależało od bieżących potrzeb politycznych. A to w reformach ekonomicznych, a to w pojednaniu narodowym.
Prawie dwadzieścia lat później niedopowiedzenia to nadal narzędzie politycznej walki o przeszłość i przyszłość naszego kraju. To cały czas tak jakby, nie przepraszam nie „jakby", to tak, że sądzi się, iż obywatele tego kraju nie dorośli do tego, aby niedopowiedzeń się pozbyć.
W ostatnich dniach kolejnym przykładem tego typu niedopowiedzeń jest „afera", która wywiązała się przy okazji książki przygotowywanej przez Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka na temat działalności Lecha Wałęsy. Listy protestacyjne, publiczna debata, frasyniukowskie „lanie po pysku". I o co te protesty? O publikację, której nikt za wyjątkiem autorów i wąskiego grona w Instytucie Pamięci Narodowej nie zna, nie czytał i nie widział na oczy!
„Autorytety" ruszyły do boju. Do boju o „prawdę absolutną" swojego pokolenia, o dobro Polski, o nie niszczenie mitu wielkiego elektryka. Tak wiem, wielu publicystów podkreśla, że te same „autorytety, jeszcze kilkanaście lat wcześniej Wałęsę nazywały prostakiem, bufonem, totalitarystą - to najlżejsze określenia. Teraz ci sami ludzie, w obronie obozu PRL-bis są gotowi publicznie drzeć szaty, aby mit wielkiego przewodniczącego bronić.
Wydaje mi się jednak, że idąc za myślą Milana Kundery „Życie jest gdzie indziej". Debata jaka się odbywa pomija trzy, wydaje mi się najważniejsze problemy.
Pierwszym z nich jest kwestia narodowych bohaterów. Ludzi, którzy swoją działalnością doprowadzili nas do demokracji. To, że droga ta była wyboista to jedna sprawa, drugą jest fakt, iż niegdysiejsi bohaterowie oczekują stałego, wręcz bezkrytycznego uwielbienia. I najpewniej mieliby do tego pełne prawo, gdyby nie to, że i ich walka nie zawsze do końca była altruistyczna, a i ich zwycięstwo niepełne.
Kiedyś byli idolami. Noszonymi na rękach przez swoich zwolenników, kochani przez Europę i świat. Lata jednak mijają. Nadchodzi czas refleksji, emocje opadają. Miejsce idoli zajęli bohaterowie. Ludzie już nie tak kochani, jednak nadal poważani, nadal funkcjonujący w zbiorowej świadomości. Jednak jak wszyscy mają swoich wrogów, przeciwników politycznych czy tylko sceptyków. Coraz częstej jednak mający za wrogów nie ludzi a dokumenty. Przeciwników można zohydzić, umniejszyć ich argumenty, nazwać oszołomami, jednostkami chorymi z nienawiści, czy też zazdrośnikami. Co jednak zrobić z dokumentami. Do tego jeszcze podpisanymi własna ręką?
Polska historia już wielokrotnie wcześniej z tragedii zamieniła się w farsę. Bo jak inaczej traktować sytuację, w której na czele największego zrywu antykomunistycznego w historii staje taki człowiek jak Wałęsa. Pusty, ograniczony bufon. Ktoś taki staje się symbolem wolności i solidarności, tej przez małą i dużą literę. Po latach chcący być traktowany, jako dobro narodowe, żyjący pomnik, rycerz bez skazy, a faktycznie stający się farsą samego siebie.
W tym działaniu - i tu jest miejsce na omówienie problemu drugiego - nasz bohater nie pozostaje samotny. Do dyspozycji ma ogromne grono autorytetów i „autorytetów". Padają slogany o „zohydzaniu polskiej historii", „krzywdzie ludzkiej", „nie docenieniu zasług" itp. Nie wolno, nie można, nie trzeba padają kolejne argumenty. A jak nie, to zawsze napisze się kolejny protest, zakrzyczy przeciwników, nazwie ich wariatami, młodzieńcami, sługusami dawnej SB. To nie pomoże? To sięgniemy po zestaw totalitarny - po spalenie książki. Ludzie nie mogą tego czytać. Na stos z nią.
Te hasła wygłaszają ludzie pióra, sławni z koniunkturalizmu reżyserzy i profesorowie. Takie właśnie rodzime autorytety. Dorastali w komunizmie, tam zdobywali swoją pozycję, tytuły. Tam też zdobyli typowy dla tych czasów defekt mózgu zwany zsowietyzowaniem. Tam też nauczono ich rozwiązywania problemów, w pewien swoisty sposób - przemocą. Oczywiście nie fizyczną, tylko intelektualną. A jak arsenał się wyczerpie, to zawsze można spalić. Znajdą się młodzi podwykonawcy zamierzeń autorytetów. Takie zmotoryzowane oddziały poprawności politycznej i historycznej. Nowa trzódka, chcąca z czasem zająć miejsce swoich starszych mentorów.
No i na koniec problem trzeci - problem wieku. Jak się okazuje, „autorytety" podważają kompetencje autorów z powodu ich wieku. Ci trzydziestopięciolatkowie, „nie mają prawa", gdyż nie znają „tamtych realiów". Oczywiście nie znają. Tak samo, jak realiów Polski Piastów, wojen napoleońskich czy smrodu okopów I Wojny Światowej. I co z tego!
I właśnie argument wieku, jest najbardziej przewrotny i kłamliwy. Okazuje się, że bojownicy, nasi bohaterowie, idole nie walczyli o Polską dla nas wszystkich, a na pewno nie kraj dla ludzi nie urodzonych w komunizmie. Ci nie mają praw intelektualnych do oceny. Nie mają także moralnych predyspozycji, aby cokolwiek lub kogokolwiek krytykować. Historia i jej opis ma być zarezerwowana tylko dla swoich, którzy wiedzą, co, jak i kiedy pisać i nim napiszą linijkę więcej, głęboko się zastanowią nad konsekwencjami takiego kroku. Bo przecież „nie wolno głośno mówić".
 «  wstecz
Komentarze
*Autor:
*Komentarz:
* pola wymagane
Fundacja Orientacja abcnet Federacja Młodzieży WalczącejFREE Stowarzyszenie KoLiber  Instytut Soieskiego Instytut Tertio MillennioPolsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego
Asia-Europe Society ATLAS CADI CATO INSTITUTE The Heritage Foundation Manhattan Institute Policy Research
design by KAMIKAZE