Projekt Łodź
100 dni Prezydenta
17 stycznia 2007 Łukasz Warzecha
Przez sto dni swojej prezydentury Lech Kaczyński kroczył jak dziecko we mgle i co chwila się potykał. Na dodatek na dość prostych sprawach.
W pamięci ludzi pozostają zawsze pojedyncze obrazy. Dlatego z prezydentury Kwaśniewskiego pamiętamy choćby prezydenta, zataczającego się nad grobami polskich oficerów w Charkowie.  
Jakie zatem obrazy zostały w pamięci ze stu dni prezydenta Kaczyńskiego? Malutki prezydent zgubiony w zbyt dużym fotelu w czasie inauguracji urzędu. Prezydent w kasku strażackim w Katowicach. Prezydent, który przez zagapienie się nie podaje ręki Angeli Merkel. Prezydent z dłońmi złożonymi po pensjonarsku na stole, wygłaszający orędzie o tym, że nic się nie stanie. Prezydent, krytykujący prezydenta Chiraka na dziedzińcu Pałacu Elizejskiego. Prezydent jadący limuzyną z flagą Indonezji (czerwono-białą). Wreszcie prezydent, przyznający Krzyż Zesłańców Sybiru gen. Jaruzelskiemu, a potem tłumaczący się ustami Andrzeja Urbańskiego, że nie wiedział, co podpisuje.
„Czy wy tam macie Wallenroda z PO?” – napisałem SMS do znajomej, pracującej w Kancelarii Prezydenta, gdy wybuchła afera z odznaczeniem generała. „Wstyd mi wyjść na miasto” – odpisała.
Prezydent w ciągu swoich stu dni popełnił kilka zasadniczych błędów. Pierwszym było kompletnie zlekceważenie zasad kreowania własnego wizerunku, gdy naczelni macherzy od PiS-owskiego PR-u, Adam Bielan i Michał Kamiński, po kampanii zajęli się na powrót swoimi sprawami w Parlamencie Europejskim. Okazało się, że doświadczenie zdobyte na innych stanowiskach nie wystarcza. Zwłaszcza że, powiedzmy szczerze, Lach Kaczyński ani nie powala urodą, ani nie jest szczególnym krasomówcą.
Gdyby prezydentem USA został człowiek o takich cechach (co jest nieprawdopodobne, ale zróbmy takie założenie), natychmiast otoczyłby go sztab ludzi, którzy pracowaliby w pocie czoła od rana do nocy, aby ze swego szefa zrobić światowca całą gębą. Nasz prezydent jednak takiej potrzeby nie widzi. Swoim rzecznikiem zrobił Macieja Łopińskiego, człowieka miłego, ale safandułowatego, w żadnym wypadku nie nadającego się na kreatora publicznego wizerunku kogokolwiek – nawet siebie samego. Pozostałe pokazujące się publicznie osoby – Elżbieta Jakubiak i Andrzej Urbański – wpadają jeszcze gorzej. Urbański ma opinię kombinatora i gra głównie na siebie, a Jakubiak z wystąpieniami publicznymi nie radzi sobie kompletnie. Co dopiero mówić o wpływaniu na wizerunek urzędu i samej głowy państwa. Jeśli do tego dodamy fakt, że Lech Kaczyński nie znosi występów przed kamerami, a radom speców od wizażu czy stylistów poddaje się tylko pod największą presją – mamy gotową receptę na nieszczęście.
Po drugie – Kancelaria Prezydenta jest wciąż w stanie prowizorki. Nie do końca wiadomo, kto za co odpowiada, czego przejawem było przedarcie się wniosku o odznaczenie gen. Jaruzelskiego przez teoretycznie gęste sito prezydenckich urzędników. Nawet jeśli wniosek został wciśnięty w papiery przez osoby trwające w Kancelarii od czasów samego generała, to – jak się dowiedziałem – za sprawą bałaganu przeszedł przez ręce kilkorga nowo mianowanych współpracowników Lecha Kaczyńskiego. Dotąd nie obsadzone jest stanowisko szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, choć w kampanii Kaczyński podkreślał, jak ważne jest dla niego bezpieczeństwo państwa.
Kolejny wielki problem Lecha Kaczyńskiego to skrajne upolitycznienie urzędu. Jego najjaskrawszym przejawem było wplecenie w dziwaczne orędzie o nierozwiązaniu parlamentu potępienia Platformy Obywatelskiej. Także przy okazji innych swoich publicznych wypowiedzi prezydent nie ukrywał, że PO jest jego politycznym przeciwnikiem, a PiS jest mu najbliższe.
Tu istnieją dwie interpretacje. Jedna – że skoro Lech Kaczyński został wybrany z mocnym mandatem partyjnym i na podstawie wyrazistego programu, jednoznacznie kojarzonego z PiS, to nie ma powodu, aby sprawując urząd stronił od wyraźnej politycznej identyfikacji. Druga – że Polacy oczekują od prezydenta, choćby nawet jednoznacznie łączonego z lewicą lub prawicą, że będzie unikać klarownego identyfikowania się z jedną bądź drugą partią. Moim zdaniem prawdziwa jest ta druga interpretacja i to jest zapewne główna przyczyna niskich notowań Lecha Kaczyńskiego. Z taką opinią zgadzają się pytani przeze mnie socjologowie –prof. Edmund Wnuk-Lipiński z Instytutu Studiów Politycznych PAN i Jacek Kucharczyk z Instytutu Spraw Publicznych. Ich zdaniem ostentacyjna partyjność prezydenta zniechęca do niego więcej osób, niż zniechęciłaby większa wstrzemięźliwość.
Po czwarte – zagranica. Żadna z podróży prezydenta nie była przełomem. Nic zresztą dziwnego, skoro mamy do czynienia z politykiem, który na sprawach zagranicznych się nie zna, nigdy specjalnie się nimi nie interesował i nie ma żadnego w tej mierze doświadczenia.
Najważniejsza podróż – do USA – zbiera ostrożne oceny. Jedna z osób, która spędziła w Ameryce wiele czasu w towarzystwie Kaczyńskiego, a nie należy do bliskiego mu kręgu, twierdzi, że Lech Kaczyński wypadł lepiej, niż obawiało się wielu ekspertów, ale w stosunku do naprawdę wyrobionych polityków… Tu mój rozmówca znacząco zawiesza głos. Z innego źródła słyszę, ze wizyta zrobiła na gospodarzach fatalne wrażenie. Prezydent był podobno sztywny, spięty, nie potrafił się znaleźć. Nieznajomość angielskiego nie pomagała.
W kiepskim świetle stawia też Lecha Kaczyńskiego fakt, że przed wizytą trzeba go było długo namawiać do spotkania z polskim ambasadorem w USA Januszem Reiterem. – Ale on nie jest nasz… – kręcił nosem Lech Kaczyński, jakby nie rozumiał, że nasz, nie nasz, ale Reiter jest ambasadorem RP w Waszyngtonie i w dużej mierze od niego zależy przebieg wizyty.
W polityce wewnętrznej Lech Kaczyński nie zrobił niemal nic. W kluczowych momentach okazywał się cieniem swojego brata. Jedyne konkretne działanie to projekt ustawy o wojskowych służbach specjalnych. Projekt ewidentnie zły, bo rozmywający odpowiedzialność między ministra koordynatora a ministra obrony. Nieoficjalnie przedstawiciele MON komentują, że nie wyobrażają sobie działalności nowej służby zgodnie z zaproponowanymi przez prezydenta rozwiązaniami. – Zanosi się na to, że gdy dowódca oddziału np. w Iraku wyda oficerowi nowego wywiadu polecenie rozpoznania miejsca, gdzie nasi żołnierze mają prowadzić działania, to ów oficer będzie musiał najpierw skontaktować się z ministrem Wassermannem. Taki wywiad wojskowy traci sens.
Powiedzmy uczciwie: sto dni to za mało, aby snuć jakiekolwiek stanowcze prognozy o prezydenturze, która potrwa jeszcze cztery lata i 165 dni. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że sam prezydent i jego otoczenie popełnili o wiele za dużo błędów jak na ekipę, mająca ambicje zmieniania kraju. Niestety, bracia Kaczyńscy mają to do siebie, że z powodu wrodzonej i nabytej podejrzliwości najchętniej szukają przyczyn swoich niepowodzeń w częściowo mitycznym układzie, w mediach, za granicą, a nie z w sobie samych. Jeśli to się nie zmieni, reelekcja Lecha Kaczyńskiego za niespełna pięć lat jest mocno wątpliwa.

Autor jest komentatorem dziennika „Fakt”
 «  wstecz
Komentarze
*Autor:
*Komentarz:
* pola wymagane
Fundacja Orientacja abcnet Federacja Młodzieży WalczącejFREE Stowarzyszenie KoLiber  Instytut Soieskiego Instytut Tertio MillennioPolsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego
Asia-Europe Society ATLAS CADI CATO INSTITUTE The Heritage Foundation Manhattan Institute Policy Research
design by KAMIKAZE