Projekt Łodź
Nie ma róży bez ognia - czerwiec
16 czerwca 2008 Łukasz Warzecha
Podczas konferencji, podsumowującej pół roku swoich rządów, premier Tusk po-wiedział, że jego gabinet nigdy nie zamierzał dokonywać rewolucyjnych zmian. To stwierdzenie dobrze podsumowuje sześć miesięcy rządów Platformy. Gdyby premier, jak Jim Carrey w filmie „Kłamca, kłamca", zrobił się nagle brutalnie szczery, powiedziałby pewnie jeszcze: „A tak w ogóle chodzi o to, żeby z jak najmniejszą liczbą perturbacji dowieźć moją kandydaturę do wyborów prezydenckich. Tisze jedziesz, dalsze budziesz, proszę państwa, oto nasza dewiza".
Podczas jubileuszowej konferencji premier bardzo starał się brzmieć merytorycznie. Lub może po prostu chciał wszystkich zagadać. W słowotoku nasyconym danymi i liczbami, w znacznej części zresztą odnoszącymi się do spraw, na które rząd nie miał większego wpły-wu, co chwila pojawiały się znamienne słowa: „zrobimy", „dokończymy", „przeprowadzi-my", „przedstawimy", „dokonamy", „planujemy", „zamierzamy". Gdyby pokusić się o staty-stykę, okazałoby się z pewnością, że zdecydowana większość użytych przez Donalda Tuska czasowników była w czasie przyszłym, choć po pół roku można by oczekiwać, że będzie to przynajmniej pół na pół, ewentualnie z domieszką czasu teraźniejszego.
Jak na rząd trwający od sześciu miesięcy, słabo sobie radzący z najpoważniejszymi pro-blemami i mający w swoim składzie ministrów tak kontrowersyjnych jak Katarzyna Hall czy Zbigniew Ćwiąkalski, gabinet Tuska ma notowania wprost rewelacyjne, nawet jeśli zaczyna być widoczna tendencja spadkowa. Przyczyna musi być jasna dla każdego obserwatora sceny politycznej: słabość dzisiejszej opozycji i jej niezliczone winy z czasów, gdy była u władzy. Nawet tak spektakularne wpadki wizerunkowe Tuska jak wycieczka do Ameryki Południowej nie zrobią na elektoracie wrażenia, póki jako alternatywę ludzie będą widzieć bełkoczącego Przemysława Gosiewskiego, antypatycznego Joachima Brudzińskiego, mało rozgarniętą Jo-lantę Szczypińską, agresywnego Karola Karskiego, nieatrakcyjną i niekomunikatywną Beatę Kempę czy wreszcie samego Jarosława Kaczyńskiego. Znamienne zresztą, jak słabo opozycja potrafiła wykorzystać pobyt „Słońca Peru" po drugiej stronie Atlantyku, choć był to wyma-rzony pretekst do PR-owskiego ataku.
Uczciwie trzeba jednak przyznać, że ów kontrast z poprzednikami ma też pewne zna-czenie merytoryczne. Rząd Jarosława Kaczyńskiego robił mnóstwo hałasu, z którego w grun-cie rzeczy niewiele wynikało - nawet z punktu widzenia tych, którzy oczekiwali radykalnych rozstrzygnięć: głębokiej lustracji, otwarcia archiwów, systemowej walki z korupcją, wprowa-dzenia do polityki nowych standardów etycznych. Bardzo trafnie podsumował to w swojej najnowszej książce „Czas wrzeszczących staruszków" Rafał Ziemkiewicz. Wyborcy byli ewi-dentnie zmęczeni nieustającą bitwą i kolejnymi zapowiedziami poważnych zmian, zwłaszcza że na zapowiedziach się kończyło.
Znakomicie wyczuła te nastroje Platforma, obiecała zmianę stylu i w tej sferze nie moż-na jej zarzucić łamania przedwyborczych obietnic. Zamiast rządu rewolucyjnego mamy rząd ewolucyjny i w dodatku jest to ewolucja bardzo oszczędna. Co niekoniecznie musi być oce-niane jako złe samo w sobie, zwłaszcza gdy alternatywą jest powrót do całkowicie czczej na-walanki.
Trudno jednak samo uspokojenie atmosfery uznać za gigantyczny sukces, zwłaszcza że spokojna atmosfera powinna sprzyjać zmianom o nierewolucyjnym charakterze, na które wie-lu Polaków czeka. Tych jednak brak. Zacznijmy od sfery w zasadzie symbolicznej, gdzie, wydawałoby się, najłatwiej było osiągnąć sukces.
Przywileje władz i tanie państwo? Gdzie posłom cokolwiek zabrano, tam w innym miejscu natychmiast dodano. Nadal nie ma restrykcyjnego systemu rozliczania publicznych pieniędzy, jakie dostają do ręki przedstawiciele narodu. Marszałek Komorowski dba bardzo, żeby jego kolegom nie stała się krzywda. W ograniczaniu sejmowych reporterów poszedł da-lej niż gromiony niegdyś Ludwik Dorn. Hasło taniego państwo zostało zaś ostatecznie skom-promitowane przy okazji wycieczki „Słońca Peru" do Ameryki Południowej i nikt już chyba nie traktuje go poważnie.
Podatek liniowy rozmył się i odpłynął w siną dal. Podatek Belki, jak się okazało, nie da się znieść całkowicie, bo byłoby to - uwaga, uwaga! - niesprawiedliwe. Przynajmniej zda-niem ministra Rostowskiego. Po miesiącach rządzenia udało się zapewnić abolicję podatko-wą, ale jedynie dla pracujących w niektórych krajach Unii. Za późno i za mało.
Jednomandatowe okręgi wyborcze niby nadal są celem Platformy, ale w praktyce zosta-ły odłożone ad calendas graecas. Sprawa poselskich immunitetów pozostaje nietknięta. Nie słychać, by trwały jakiekolwiek uzgodnienia z opozycją w sprawie ograniczenia możliwości kandydowania do parlamentu osobom z wyrokami.
Przyznać trzeba, że w wielu tego typu projektach, gdzie konieczne byłoby uregulowanie ustawowe, niemal pewne byłoby weto prezydenta. To jednak nie zmienia faktu, iż obowiąz-kiem rządu wywiązującego się ze swoich obietnic byłoby przedstawianie w Sejmie odpo-wiednich projektów ustaw.
Jedną z najpoważniejszych kompromitacji gabinetu Tuska jest kwestia doboru ludzi do rad nadzorczych i zarządów spółek skarbu państwa. Szumnie zapowiadana różnica między rządami PiS a PO miała polegać na tym, że za Platformy stanowiska te miały być obsadzane w drodze przejrzystych konkursów. W rzeczywistości tradycyjnie stały się politycznym łu-pem, w znacznej części przypadając żarłocznemu koalicjantowi Platformy - Polskiemu Stronnictwu Ludowemu.
Największym blamażem rządu jest bez wątpienia kwestia ochrony zdrowia. Ustawy jej dotyczące zostały wprawdzie przygotowane, ale utkwiły w parlamencie i tkwić tam mogą jeszcze przez wiele miesięcy. Nieudolność minister Kopacz jest wprost porażająca.
Nie została zrealizowana jedna ze sztandarowych obietnic Platformy - rozdzielenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Premier twierdzi, że prace nad projektem ustawy są w rządzie „na ukończeniu". Może to zresztą i dobrze, że sprawa się śli-maczy, ponieważ osoba ministra sprawiedliwości daje niemal stuprocentową gwarancję, iż ostateczny projekt będzie miał na celu nie tyle odpolitycznienie prokuratury, co stworzenie kolejnej prawniczej korporacji, w jak najmniejszym stopniu kontrolowanej przez kogokol-wiek. Warto też przyglądać się, jakie będą dalsze losy planów ministra Ćwiąkalskiego, doty-czących praktycznego zamknięcia korporacji prawniczych - co stoi już w jaskrawej sprzecz-ności z obietnicami Tuska.
PO nie wypełnia obietnic nawet w tej dziedzinie, w której sama uznawała się zawsze za najlepiej wyspecjalizowaną - w sferze wolności gospodarczej i ułatwień dla przedsiębiorców. Jedynym jasnym, ale też niespecjalnie znaczącym punktem, jest tutaj komisja Palikota, wciąż zresztą miotana podmuchami politycznej burzy z powody wyskoków swojego przewodniczą-cego. Komisja może jednak zajmować się tylko tymi sprawami, które da się uregulować po-przez Sejm, a więc ustawowo, a przecież źródłem udręki nie tylko przedsiębiorców, ale i wie-lu zwykłych Polaków są kwestie regulowane setkami tysięcy rozmaitych rozporządzeń, a więc na poziomie resortowym.
Tym, co najbardziej dręczy przedsiębiorców, zwłaszcza drobnych, są wciąż horrendalne koszty pracy. Tu jednak wielkiej nadziei nie ma. W wywiadzie dla „Faktu" z 17 maja wice-premier Pawlak oznajmił, że sposobem na zapewnienie przedsiębiorcom środków na opłace-nie wysokich kosztów pracy jest nakręcenie popytu (sic!). Obniżka samych kosztów to bliżej nie sprecyzowane plany na przyszłość.
Jedynym światełkiem w tunelu jest kwestia reformy systemu emerytur pomostowych, po prostu wymuszona realiami finansowymi państwa. Gdyby Tusk nie musiał, prawdopodob-nie w ogóle nie tykałby tego drażliwego problemu. Na razie jednak jesteśmy przed fazą nego-cjacji ze związkami zawodowymi. Pytanie brzmi, czy rząd nie zechce kupić sobie z ich strony społecznego spokoju kosztem nas wszystkich, mocno ograniczając swoje ambitne plany.
Donald Tusk lubi chwalić się dziedziną, w której wymierne sukcesy rzadko się zdarzają, a ocena jest w ogromnej części kwestią interpretacji - polityką zagraniczną. Tu na plus z całą pewnością można policzyć zmianę stylu na spokojniejszy i bardziej obliczalny. Niestety, wy-gląda na to, że w stosunku do linii poprzedniego rządu, wahadło wychyliło się za daleko w drugą stronę. Tak bowiem jak gabinet Kaczyńskiego za wartość samą w sobie uważał stawia-nie się w każdej nadarzającej się sytuacji, tak rząd Tuska za wartość samą w sobie wydaje się uważać łagodność i uległość. Znamiennym tego sygnałem była całkowita nieobecność w exp-osé Radosława Sikorskiego jakichkolwiek wzmianek o bardzo przecież wyraźnych sferach konfliktu z Rosją i Niemcami.
Niektórzy komentatorzy uważają, że Tusk zarządzi „szarpnięcie cuglami" (określenie Jana Rokity z czasów, gdy krakowski polityk sądził, że sam będzie premierem) w czasie, gdy poparcie dla jego rządu zacznie już bardzo wyraźnie spadać. Co jednak pozwalałoby nam są-dzić, iż owe szarpnięcie będzie czymś więcej niż tylko kolejnym PR-owskim zabiegiem? Dla-czego bliżej wyborów prezydenckich miałby Tusk robić cokolwiek, co naraziłoby go na nie-popularność w jakichś kręgach społeczeństwa - a tym musiałyby skutkować choćby zdecy-dowane prorynkowe reformy?
Smutna konkluzja jest taka, że aż do wyborów prezydenckich - być może połączonych z przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi - nasze życie publiczne jest skazane na ma-razm. Z jednej strony będziemy mieć rząd, skupiający się na efektownym nic nierobieniu. Z drugiej - nieruchawą intelektualnie, nieciekawą i tkwiącą w archaicznych schematach my-ślowych opozycję, niezdolną do zmobilizowania rządzących do biegu. Trzeciej strony nie ma.
 «  wstecz
Komentarze
*Autor:
*Komentarz:
* pola wymagane
Fundacja Orientacja abcnet Federacja Młodzieży WalczącejFREE Stowarzyszenie KoLiber  Instytut Soieskiego Instytut Tertio MillennioPolsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego
Asia-Europe Society ATLAS CADI CATO INSTITUTE The Heritage Foundation Manhattan Institute Policy Research
design by KAMIKAZE