
24 lutego 2009 roku na Wydziale Organizacji i Zarządzania Politechniki Łódzkiej odbyła się pierwsza debata z cyklu „FORUM ŁÓDŹ", której temat brzmiał: „Łódź - miasto edukacji technicznej".
Dyskusja, prowadzona przez Piotra Domarecikiego z "Dzieninika Łódziego", poświęcona była sytuacji szkolnictwa zawodowego i technicznego w kontekście potrzeb rynku pracy.
W dyskusji udział wzięli:
Marek Cieślak
Tomasz Banasiak, Sebastian Rybarczyk
Piotr Domarecki
Jak uzdrowić łódzkie szkolnictwo techniczne, którego słabość jest barierą dla nowych inwestorów? Uczestnicy naszej debaty znaleźli odpowiedź na to pytanie.
Łódź ma rosnący problem z wykształconymi zawodowo pracownikami, absolwentami upadającego w mieście szkolnictwa zawodowego. Już dziś stanowi to istotną barierę hamującą rozwój miasta. A jeśli szybko nie odwróci się tej negatywnej tendencji, inwestorzy przestaną wybierać stolicę naszego regionu na miejsce dla swoich firm i fabryk. A to będzie oznaczało dalszy upadek Łodzi. Nie można więc było nie wybrać tego właśnie tematu na naszą debatę.
Ireneusz Jabłoński
Zawodowe szkoły średnie w Łodzi prezentowały przyzwoity poziom ogólnego wykształcenia, wielu absolwentów techników później z powodzeniem podejmowało studia na kierunkach politechnicznych. I niestety, ten duży i dobry dorobek został w sporej części roztrwoniony. Liczby są dość smutne, przytoczę je Państwu za rocznikiem statystycznym. Otóż - porównujemy lata szkolne 2000/2001 i 2007/2008. I tak, szkół zasadniczych mieliśmy 34, mamy 16, techników mieliśmy 87, mamy 23. Równie dramatyczny jest spadek liczby uczniów. W technikach z 13600 do 4800. Nie można mówić o rozwoju cywilizacyjnym w tej części, która dotyczy rozwoju technicznego, czyli cywilizacji technicznej, umiejętności wytwarzania i posługiwania się dobrodziejstwem nowych urządzeń, maszyn, produktów, bez kształcenia na wszystkich poziomach. Od kształcenia zasadniczego, poprzez średnie aż po poziom inżynierski, magisterski, na studiach doktoranckich kończąc. Dlatego uważamy, że powinniśmy bardzo poważnie o tym rozmawiać, wspólnie, w gronie osób, które podobnie widzą i szanse i zagrożenia. Albo inaczej - możliwość zmarnowania tej szansy, jaka stanęła przed Łodzią czy regionem łódzkim, miejscem, gdzie chce lokować swoje fabryki szereg koncernów światowych. Ale z drugiej strony, trzeba pamiętać o tym, że w Łodzi ponad 60 proc. miejsc pracy daje mały i średni biznes, który też ma określone wymagania. W Łodzi w dodatku, wbrew temu, co wieszczyli futurolodzy, 60 tys. Miejsc pracy jest nadal związanych z przemysłem lekkim. Co prawda nie tkackim, ale dziewiarskim, odzieżowym i pochodnymi. I te przemysły tradycyjne, zmodyfikowane do dzisiejszych potrzeb, rzemieślnicy, którzy mają nam świadczyć usługi materialne, potrzebują wykwalifikowanej siły roboczej. Jeśli ją będziemy tu w stanie wykształcić i pokazać, że ją mamy, to przyjdzie do nas kapitał.
Krzysztof JÓŹWIK
Jeżeli szkolnictwo zawodowe zostało wycięte w pień, to dlatego, że ono jest droższe. Reforma zakładająca, że aby szybko się rozwijać, potrzeba nam menedżerów, doprowadziła do tego, że to, co najbardziej potrzebne do rozwoju cywilizacji, zostało zniszczone. I problem jest zdefiniowany: szkolnictwa zawodowego nie ma. Natomiast pojawia się pytanie, w jaki sposób można je zorganizować z powrotem, tak aby ono funkcjonowało. I żeby spełnione były wszystkie te aspekty, o których przed chwilą mówił pan prezes fundacji „Projekt Łódź". Trzeba mieć świadomość, że w dobie nasycenia techniką każdego etapu produkcji na każdym jej etapie potrzebny jest fachowiec. To jedna strona medalu. A druga, że nie wszyscy w tym społeczeństwie muszą mieć ogólne wykształcenie na poziomie wyższym. Ludzie potrzebni są na każdym etapie kształcenia. Poprzez zmiany, o których tu była mowa, naruszono równowagę. I trzeba bardzo szybko doprowadzić do tego, aby została ona przywrócona. To przywrócenie równowagi powinno wynikać z odpowiedniego, sekwencyjnego kształcenia - możliwości wyboru na poszczególnych etapach edukacji kierunków, w jakich młody człowiek chciałby się uczyć. Z drugiej strony, pora powiedzieć, że wykształcenie techniczne należy promować. I przestać wmawiać, że najbardziej przydatny dla społeczeństwa jest ten, kto ma wykształcenie ogólne. Potrzeby pracodawców stają się tak wyspecjalizowane, że konieczne jest, aby na poszczególnych etapach nauki przygotowywano ludzi do tego, aby mogli spełniać te wymagania.
Tadeusz Zawadzki
A w praktyce wygląda to jeszcze gorzej niż w teorii. Nie tylko program szkolnictwa zawodowego został w pewnym momencie w Łodzi zaniechany, ale również przemysł odzieżowy i włókienniczy skazano na zagładę. Jednak 60 tys. nadal zatrudnionych w nim w Łodzi osób świadczy o tym, że część miejsc pracy się obroniła. Co pokazuje, że trzeba nie tylko zostawiać to samemu sobie, ale i pomagać. Chodzi o fachowców, o wykwalifikowaną siłę roboczą. Zmieniła się trochę jej struktura, jak i całego przemysłu odzieżowego. I jak kiedyś, podstawową deficytową profesją w tej branży był zawód szwaczki, to dziś zmieniło się to o tyle, że - zwłaszcza w tej grupie, która produkuje odzież według swojego własnego pomysłu - pojawili się modelarze, krojczy, projektanci - czyli ci, od których zależy, jak wyrób będzie wyglądał. I właśnie w tych zawodach dziś w branży odzieżowej występuje deficyt. Nie potrafię tu co rawda podać konkretnych liczb, ale wiem, jak długo w naszej firmie trwało kształcenie osób, które potrafiłyby sprostać takim właśnie zadaniom. Fachowców na rynku nie ma, a jeśli są - pracują w przedsiębiorstwach, które zatrudniłyby kolejnych takich specjalistów. Myślę więc, że zapotrzebowanie na nich możemy zmierzyć liczbą firm, które produkują własne wyroby odzieżowe. Każda z nich potrzebuje pracowników z tej grupy. szkolenia zawodowego dla przemysłu odzieżowego. Właśnie w tym centrum mają być szkoleni pracownicy w konkretnych zawodach, na zlecenie przedsiębiorców. Np. ktoś potrzebuje dziesięciu krojczych czy kreślarzy, zatem uruchamiamy dla nich kurs, który np. podniesie kwalifikacje zawodowe już zatrudnionych w firmie perspektywicznych pracowników. I do takiego szkolenia nie będzie potrzebny czas dłuższy niż dwa-trzy miesiące. Mówię tu o najprostszych zawodach. I ten proces szkolenia po jakimś czasie można pogłębiać. Czyli pracownik, który przychodzi na taki kurs, od razu ma praktyki, a pracodawca od razu ocenia, czy jego wybór był trafny...
Paweł Domarecki
Ale mówimy tu cały czas o jednej branży, o rozwiązaniach typu „dziesięć, dwadzieścia osób". Tymczasem w Łodzi może wkrótce zabraknąć tysięcy specjalistów z różnych dziedzin. Nie tylko w przemyśle włókienniczym.
Tadeusz Zawadzki
Ale ten pomysł może dotyczyć każdej branży.
Paweł Domarecki
Dotykamy bardzo bolesnego problemu nierównowagi. Gdzieś mamy za dużo fachowców, gdzieś - zbyt mało. Jak te dysproporcje niwelować?
Jacek Człapiński
W odniesieniu do kształcenia zawodowego, nadprodukcji nie mamy właściwie w żadnej dziedzinie. Natomiast potrzeby są znacznie większe. Była tu mowa o inicjatywie biznesu, który szuka dla siebie wykwalifikowanej siły roboczej. W pełni zgadzam się z tym, że krótkie formy kształcenia powinny wychodzić naprzeciw potrzebom rynku pracy.
Jeśli pozwoliliśmy na zbyt daleko idącą liberalizację systemu kształcenia kilkanaście lat temu, to zaowocowało to rozwojem kształcenia ogólnego. Natomiast wybory młodzieży i rodziców okazały się absolutnie niezbieżne z potrzebami rynku pracy. Czy zatem szkolnictwo zawodowe w Łodzi jest szansą, czy zagrożeniem? Szansą, z której musimy skorzystać. Pamiętam o potencjale akademickim, ale i deklaracjach przedsiębiorców. Tu już dziś mamy partnerów dla samorządów w programach klas patronackich. Pierwsza klasa patronacka już działa. Skanska, Bosch-Siemens, Łódzka Spółka Gazownicza, Łódzki Zakład Energetyczny, sieć dealerów samochodowych, kolejni potencjalni partnerzy przychodzą i coś dają w zamian młodym ludziom i także samorządowi. Cieszymy się, jako samorząd, że koszty są rozkładane, a jednocześnie partner cieszy się, że ma szansę zdobyć wykwalifikowaną kadrę. A młody człowiek może pracować na stacjach technodydaktycznych, które w przyszłości będą jego miejscem pracy. Aby wykształcić ślusarza, mechanika precyzyjnego, nie można zacząć od obrabiarki sterowanej numerycznie. To nie może być tylko i wyłącznie mechatronik. On musi zacząć od typowej tokarki, obrabiarki, ale trzeba mu dać szansę pracy na nowoczesnym sprzęcie. Podejmujemy takie próby poprzez łódzkie Centrum Doskonalenia Nauczycieli. Tam są nowoczesne stacje diagnostyczne, tam szkolimy uczniów z innych samorządów, szkolimy również na potrzeby przedsiębiorców. Ale nie ukrywam, że potrzebujemy wsparcia od instytucji państwa, Ministerstwa Edukacji Narodowej. Jeżeli od kilkunastu lat mówimy o formie kształcenia modułowego, gdzie szkoła dałaby przygotowanie ogólnozawodowe, natomiast potrzeby wysoce specjalistyczne byłyby zaspokajane dzięki krótkim formom nauczania... Mamy ogromne potrzeby, ale brak jest aktów wykonawczych, które dają możliwość takiej organizacji pracy szkoły, żeby te krótkie, kilkudziesięciogodzinne formy mogły być realizowane.
Paweł Domarecki
Jaka zatem powinna być rola uczelni wyższych w Łodzi w tym procesie pomocy samorządom, firmom, przedsiębiorstwom w organizowaniu w mieście szkolnictwa zawodowego?
Krzysztof Jóźwik
Moich dwóch przedmówców powiedziało rzeczy bardzo istotne. O kształceniu modułowym i o kształceniu w krótkich terminach, takich, które dają możliwość przystosowania człowieka do wykonywania konkretnego zawodu. Musimy mieć świadomość, że te obie formy, które się bardzo dobrze sprawdzają w obecnych czasach, tak naprawdę wchodzą w zakres zjawiska, które nazywa się szkoleniem przez całe życie. Ale żeby ono miało swój efekt, musimy jednak określić w pewnych dziedzinach podstawy, które dają w ogóle człowiekowi możliwość rozumienia, co się do niego mówi. Żeby wiedział, co to jest nóż, co to jest prędkość posuwu, osnowa i wątek, żeby w ogóle wiedział, jak tkaninę można ciąć, nim zacznie ją kroić i przygotowywać. By umiał przeczytać rysunek techniczny, schemat elektryczny, czyli to wszystko, co stanowi podstawę życia technika. I tu jest potrzebne nie tylko kształcenie w krótkich, przystosowawczych dla danego przedsiębiorstwa konkretnych manualnych czynnościach, ale szkolenie, które daje podstawy, aby później można było tego człowieka dokształcać. Czyli najpierw budujemy fundament. Jaką rolę powinna tu grać uczelnia? Mamy swoje laboratoria, bardzo nowoczesne, próbujemy zdobyć bardzo duże pieniądze, żeby je wyposażać, ale to nie jest podstawa tego, co się dzieje w zakładach pracy. Nasze laboratoria są do wykorzystania przez szkolnictwo zawodowe, żeby pokazać, co tam można zrobić. W każdej niemal dziedzinie techniki. Możemy więc wspomagać krótkoterminowe formy kształcenia - ale nie uczyć ludzi rzeczy podstawowych. Możemy więc pełnić funkcje doradcze, usługodawcze, dawać możliwości kształcenia, ale nie załatwimy tego, o czym powiedział pan dyrektor Człapiński. Trzeba podjąć decyzję o finansowaniu szkolnictwa zawodowego i nie liczyć tylko i wyłącznie na przedsiębiorców. Bo oni będą płacić za to, by przystosować im człowieka tylko i wyłącznie do konkretnego stanowiska. A nie wkładać pieniądze, żeby przystosować go do życia w ogóle w obrębie techniki.
Jacek Człapiński
To jest inwestycja. Ona nie będzie zauważalna za rok, dwa, ale my jako miasto mamy świadomość, że te środki muszą być wyłożone dzisiaj. Podejmujemy pewne działania administracyjne, szalenie niepopularne, które mają pośrednio poparcie resortu edukacji... A ten w raporcie stwierdza, że niewłaściwe jest takie tworzenie sieci szkolnej, które w zbyt dużym stopniu pozwala młodzieży na kontynuowanie nauki w szkołach kończących się maturą i w założeniu znaczna część z nich nie zda w przyszłości matury... Podejmujemy te działania w takim zakresie, w jakim możemy. To są te słynne progi punktowe. Mając pełną świadomość tego, że nie jest to najlepszy sposób, ale jest to skuteczny sposób. Pan prezes wskazywał tu liczby. Oczywiście, ich porównanie ze stanem sprzed kilkunastu, a nawet kilku lat - poraża. Jeżeli chodzi o uczniów w szkołach technicznych i ogólnokształcących. Natomiast nasze działania spowodowały zmianę trendu i będziemy się konsekwentnie nimi wspierać. Bo chcielibyśmy dać czytelny sygnał przedsiębiorcom, że będziemy konsekwentnie starali się utrzymać miejsca szkoleń w 80 zawodach. I nie likwidujemy szkół zawodowych. Staramy się te zawody utrzymywać nawet wbrew tendencjom na rynku edukacyjnym, co odnosi się do decyzji uczniów i rodziców. Nawet jeśli w danym roku nabór nie zostanie zrealizowany, mimo że z nadzoru pedagogicznego płynie sygnał - nabór niezrealizowany, szkołę trzeba zlikwidować, mówimy - nie. Ona funkcjonuje w strukturze szkół ponadgimnazjalnych i po raz kolejny w tym roku dyrektorzy podejmą próbę zrealizowania naboru. Pytanie, w jaki sposób dotrzeć do „klienta" - ucznia, rodzica. Oczywiście poprzez system doradztwa zawodowego. Od kilku lat funkcjonuje on w Łodzi. Będziemy ten system rozwijać, poprzez pozytywną kampanię medialną. Jeżeli będziemy w tym kontekście mówili, że szkolnictwo zawodowe jest gorsze, jesteśmy skazani na porażkę i wyłącznie na działania administracyjne, które podejmujemy poprzez progi punktowe.
O ileż lepiej byłoby, żebyśmy wszyscy, również poprzez media mówili o perspektywach. Przecież nikt nie mówi, że uczeń, który dziś trafi do zasadniczej szkoły zawodowej, nie będzie w przyszłości studentem politechniki i to dobrym studentem. Może przekona się, że warto się kształcić...
Ireneusz Jabłoński
Patrząc na ten problem, staraliśmy się nie tylko monitorować otoczenie rynku, ale również czynić to po stronie „podaży". Inicjatywą Łódzkiej Strefy ekonomicznej powstał program promocji łódzkiego szkolnictwa technicznego na poziomie zasadniczym, a przede wszystkim średnim, który jest odpowiedzią na potrzeby zgłaszane przez przedsiębiorstwa działające w tej strefie. Ale okazało się, że odzew jest znacznie większy i przyłączają się do programu również firmy, np. zakład energetyczny, które w strefie nie są, ale potrzebują pracowników na tym poziomie wykształcenia. Zdefiniowaliśmy trzy obszary, które wymagają skoordynowanej aktywności. Po pierwsze - zmiana PR-u związanego z tym, że szkolnictwo średnie jest dziś postrzegane jako to gorsze. A zawsze było tak, że była to atrakcyjna forma kształcenia, przede wszystkim dla chłopców. W tym programie, o którym mówiłem, chcemy iść w gimnazja i razem z przedstawicielami przedsiębiorstw, którzy mają gotowe miejsca pracy dla przyszłych wykształconych techników, mówić o tym, że to jest nie tylko ciekawe ze względu na perspektywę zawodową ale i ciekawe jako przygoda kształcenia i poznawania świata. Jeśli miasto ma podobny program, to próba przełamania złego postrzegania tego szkolnictwa może mieć większe szanse. Po drugie, odwiedziliśmy kilka szkół, które kształcą na poziomie średnim. I w nich tkwi chyba najsłabszy punkt tego programu - te szkoły są anachroniczne. One są anachronicznie zorganizowane, bardzo źle wyposażone. Są w Łodzi technika, które nie mają pracowni-warsztatów. Jak można kształcić technika, nie mając pracowni? I trwa w nich anachroniczny podział na klasy tematyczne. Tymczasem pewna wiedza ogólna dla techników, związana ze zdobyciem kultury technicznej, jest wspólna - bez względu na to, czy to będzie krojczy w przemyśle odzieżowym, czy informatyk konserwujący komputery. W związku z tym wydaje się celowe, by do tych szkół wprowadzić taki system organizacji kształcenia, jaki zagościł na uczelniach, gdzie przedmioty wspólne są wykładane na wspólnych zajęciach, a tylko wąskie grupy specjalistyczne - i to na końcowym roku czy dwóch, 5 - 7-15 osobowe, zdobywają wiedzę profilowaną.
Oczywiście w warsztatach-pracowniach, w kooperacji z przyszłymi pracodawcami. I trzeci wątek, co też stwierdziliśmy - jest marnie z wyposażeniem szkół, ale jest i wiele miejsc dobrze wyposażonych, jak choćby laboratoria politechniki. Ale również bardzo przyzwoite laboratoria w ośrodku pana dyrektora Mossa. Rodzi się pytanie, jak te laboratoria wykorzystać. Bo jeżeli jakieś kosztuje 2-3 mln złotych, to ono nie może pracować 2-3 godziny dziennie, bo to jest absolutnie nieefektywne, powinno pracować kilkanaście godzin dziennie - jak to było za moich czasów, gdy dwie grupy pracowały na dwie zmiany.
Jacek Człapiński
Właśnie dlatego, żebyśmy nie gubili żadnej specjalności kształcenia zawodowego, tworzymy klasy wielozawodowe. Bywa, że klasa jest nawet trzyzawodowa, po to, by osoby, które dokonały wyboru, a my wiemy, że jest zapotrzebowanie na rynku pracy na tę specjalność - kształcić. I wtedy wydajemy znacznie większe środki niż dostajemy z ministerialnej subwencji po to, żeby tę małą , 7-8-10 - osobową grupę w specjalistycznym kierunku edukować. Natomiast zgadzam się z panem przewodniczącym, że powinniśmy szukać nowoczesnych miejsc szkolenia praktycznego. I stąd, w żadnym stopniu nie zrzucając zmian na przedsiębiorców, traktuję to jako szansę, że młody człowiek wykształci się na nowoczesnym sprzęcie. My jako miasto, docelowo, w rozmowach nad klasami patronackimi, kierujemy nauczycieli kształcenia ogólnego w miejsce szkolenia zawodowego, natomiast zakładamy, że znaczna część kształcenia praktycznego będzie realizowana u przedsiębiorców. Oczywiście, gdzieś u podstaw leży przekonanie, że dla miasta tak będzie taniej. Mamy warsztaty na Wareckiej. Nie, nie zachęcam dziś do przyjścia tam żadnego gimnazjalisty. Natomiast chcielibyśmy stworzyć tam nowoczesne centrum kształcenia w wielu zawodach „ciężkich" - budowlano-montażowych. Projekt jest gotowy, jedna z wyższych szkół jest naszym partnerem, mam nadzieję, że uda się ten projekt zrealizować jeszcze w tym roku.
Ireneusz Jabłoński
Budżet miasta Łodzi to prawie trzy miliardy złotych rocznie. Na samą dopłatę dla komunikacji miejskiej wydaje się prawie 350 milionów złotych. Jeżeli problem odbudowy szkolnictwa zawodowego na poziomie średnim jest celem strategicznym, to nie powinniśmy czekać na darowiznę z Unii, ale chyba stać nas, w ramach tych pieniędzy, o których mówiłem, by jedno lub dwa laboratoria wyposażyć. Licząc się z tym, że miasto Łódź świadomie dopłaci do kształcenia własnych obywateli po to, by im i sobie dać szansę cywilizacyjną i ekonomiczną
Krzysztof Jóźwik
I to jest inwestycja, która się zwróci, bo ci, którzy będą tutaj wykształceni techniczne, ściągą do nas inwestorów, którzy zbudują u nas fabryki. A zarobione pieniądze i zyski zostawią w tym mieście i będą powiększać jego budżet. To nie jest inwestycja w pustkę. Po drugie, szkolenie zawodowe to swoisty projekt, a ponieważ fundacja „Projekt Łódź" jest naszym współgospodarzem, należy podejść do tego jak do projektu, który powinien mieć swojego menedżera. A ten powinien najpierw zdefiniować zasoby, a potem logistycznie tym zarządzać. Żeby osiągnąć efekt nie mnożenia bytów, tylko wykorzystania już istniejących. Jest wiele miejsc, w których istnieją laboratoria, które można wykorzystać dla potrzeb szkolenia zawodowego. Ogólne zasady można wpajać w szkole. Natomiast to, co jest solą techników, solą każdego zawodu - to przelanie wiedzy na umiejętności. To musi się odbyć w odpowiednio wyposażonym warsztacie. I po to trzeba to zdefiniować, żeby następnie wykorzystać dla potrzeb kształcenia. Trzeba tylko znaleźć odpowiednią osobę, która się tym zajmie.
Paweł Domarecki
Tylko kto go ma, tego menedżera projektu, wybierać?
Ireneusz Jabłoński
Jeżeli przyjąć zasadę budowania projektu, to partnerzy powinni utworzyć radę sterującą projektem i wskazać menedżera. Jeżeli przyjąć, że gospodarzem tematu powinien być dysponent bazy, czyli miasto, to władze miejskie - jeżeli podobnie jak my tutaj definiują szanse strategiczne i widzą potrzebę i użyteczność zaproszenia partnerów instytucjonalnych, jak politechnika i społecznych, jak dziennik czy fundacja - to nie mielibyśmy nic przeciwko temu, by centrum koordynacji było w mieście. Tylko ono musi być dynamiczne i odpowiadające na te potrzeby. Czyli musiałoby wyjść poza rutynę dzisiejszych działań, nawet jeżeli one są poprawne. Ale jesteśmy w takim momencie, że sama poprawność działań to za mało. Trzeba zdecydowanej dynamiki.
Jacek Człapiński
Jeżeli chodzi o dynamikę - nie chcę twierdzić, że robimy dużo. Robimy dużo więcej niż inne miasta, staramy się przede wszystkim pozyskać ucznia. Jeżeli my włożymy znaczne środki finansowe, by stworzyć nowoczesne laboratoria, a nie spowodujemy, że przyjdzie tam uczeń- klient, to rzeczywiście będzie to tworzenie bytów. Ale przyjmuję deklarację panelistów i rozumiem racje przedsiębiorców. To konkretna propozycja i będziemy musieli szybko na nią odpowiedzieć. Rozumiem, że ŁSSE jest już dla nas partnerem, pewne działania już podjęła. Więc jeśli odpowiemy sobie na pytanie o zakres, to stanie się to szybko. Czuję się wywołany do tablicy, odpowiedzi udzielimy na pewno w ciągu kilku tygodni.
Paweł Domarecki
Ale to już jest głównie kwestia czasu. Inwestorzy, którzy mogliby tu się znaleźć, którzy mogliby się tu rozwijać, nie robią tego.
Jacek Człapiński
Tak bym tego nie definiował. Łódź korzysta z tej szansy, że ma wykwalifikowaną kadrę, jednak wciąż przychodzą nowe inwestycje. Nie do końca zgodziłbym się z tezą, że problemem jest źle wyposażone szkolnictwo zawodowe. Spośród przedsiębiorców, którzy przychodzą, żaden nie twierdzi, że nasze szkoły są źle wyposażone. Oni chcą mieć ucznia absolwenta. Jeżeli my, doceniając potrzebę kształcenia zawodowego, będziemy je chcieli doposażyć- na pewno krzywda nam się nie stanie. Natomiast musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby ten uczeń do szkoły przyszedł.
Ireneusz Jabłoński
To, co widzieliśmy w tych trzech technikach, jest empirią. Wyposażenie jest złe albo w ogóle go nie ma. I nie chodzi o odrapane mury. Dlatego się tworzą oboczne projekty, bo nie ma ich w tych szkołach. Ja nie twierdzę, że w każdej szkole powinno być pełne laboratorium, bo jeśli gdzie indziej jest - wystarczy się porozumieć i z tego czerpać. Ale nie możemy kwestionować stanu faktycznego. Po to, żeby dojść do poprawnych wniosków, trzeba najpierw właściwie zdefiniować problem.
Krzysztof Jóźwik
Pan dyrektor powiedział, że trzeba spowodować, aby młodzież zechciała przyjść do szkoły. Są dwa sposoby rozwijania takiego produktu. Bo młodzież przychodząca do szkoły to jest produkt, który później się pojawia na rynku pracy. Odpowiada się na zapotrzebowanie tych wszystkich, którzy chcą ten produkt kupić albo się wytwarza zapotrzebowanie na ten produkt. I my musimy wytworzyć zapotrzebowanie na kształcenie zawodowe, którego w tej chwili w Łodzi nie ma. Czyli zaczynamy od PR - nagłośnienia, spowodowania, żeby ktoś chciał się uczyć w szkołach zawodowych. A cała reszta jest tylko odpowiedzią na wytworzoną potrzebę kształcenia zawodowego na odpowiednim poziomie.
Tadeusz Zawadzki
Mówienie o szkolnictwie zawodowym, o tworzeniu miejsc, w których będziemy szkolić w ramach krótkich kursów osoby, pragnące podnosić swoje kwalifikacje, absolutnie nie kłóci się z tym, żeby wreszcie zmodyfikować szkolnictwo zawodowe. Bo bez znajomości techniki, rozwój zawodowy osób zdobywających zawód na krótkich kursach będzie bardzo krótkotrwały. Natomiast jeśli chodzi o szkoły zawodowe: w Łodzi mamy chyba trzy szkoły zawodowe o profilu odzieżowym. Z tego co wiem, w tych szkołach nie ma w ogóle naboru, a pan dyrektor powiedział, że czekacie na uczniów i niech się dyrektorzy w przyszłym roku wykażą. A przecież tym rynkiem rządzi taka sama zasada popytu i podaży, co resztą gospodarki. I jeżeli w Łodzi nie ma zapotrzebowania na trzy klasy, które będą co roku opuszczały mury trzech odzieżowych zawodówek, to może lepiej zastanowić się, czy nie lepiej z tych trzech szkół stworzyć jedną? Taką, która mogłaby przejąć środki finansowe z trzech szkół. Mówimy też o tym, jak przekonać młodzież do zawodu. Oprócz wszystkich obietnic, obecnie do młodzieży przemawia bardzo wyraźnie: ile będą w stanie zarobić w swoim zawodzie po zakończeniu szkoły. Jeżeli ta obietnica będzie oczywiście realizowana. Bo nie wszyscy oczekują zarobków 5-10 - tysięcznych - może wielu młodym ludziom wystarczy, że będą mieli dobry zawód techniczny, który odpowiada ich charakterom, gwarantuje pracę i daje przyzwoite dochody. Ale bez obietnicy pracy, którą otrzyma absolwent po ukończeniu kursu albo szkoły zawodowej, trudno ich będzie przekonywać, by masowo wybierali te szkoły.
Jacek Człapiński
Jeszcze rok czy dwa lata temu zawody budowlane były gwarancją zatrudnienia. A dziś z trudnością realizujemy nabór do klas patronackich. W tym samym czasie w Łomży jest trzech kandydatów na jedno miejsce. Kiedy kończyłem szkołę - Zespół Szkoł Elektrycznych na Strykowskiej, to była marka. Ta szkoła jest. Tam często są ci sami nauczyciele, zwłaszcza nauczyciele kształcenia praktycznego, mistrzowie w swoim zawodzie. Szkoła otwiera klasy licealne, ponieważ nie może zrealizować naboru. W żadnym razie nie jest to wina jej złego wyposażenia. Zgadzam się, że utrzymywanie trzech szkół kształcących w zawodach odzieżowych powinno pewnie podlegać jakimś zmianom. Ale mamy system elektronicznego naboru, patrzymy na preferencje. I to nie jest tak, że jeśli do każdej szkoły mamy siedmiu chętnych, to nie stworzymy klasy. Jeżeli w systemie widzimy dwudziestu chętnych lub nawet dziesięciu, ale da się z nich utworzyć klasę zawodową, to dzięki systemowi dajemy im taką możliwość. Pamiętajmy o jednym. Że dziecko 16-letnie nie kieruje się często preferencjami, ono często jeszcze nie ma zainteresowań. Kieruje się również miejscem zamieszkania i dostępnością szkoły i dla tego młodego człowieka być może to jest jakaś dodatkowa oferta czy przesłanka. Że może jednak, patrząc na te śliczne modelki na wybiegu - chcę coś takiego projektować. Więc mam kilka propozycji. Kiedyś, podczas dyskusji na temat zawodów włókienniczych czy okołowłókienniczych, jeden z rozmówców w rozmowie telefonicznej powiedział: dopóki będziemy płacić szwaczce dwa tysiące złotych brutto - nie zrealizujemy naboru. Nie wiem, czy to nie jest przesłanka podstawowa. Ale nie ukrywam, że zmiennych, które składają się na to, że nasze szkoły zawodowe są puste, jest naprawdę niezmiernie dużo.
Paweł Domarecki
Panie dyrektorze, ale tu nasuwa się jedno zdanie: brak elastyczności systemu. Cały czas mówimy o administrowaniu zasobami, a nie o tworzeniu nowych szkół.
Jacek Człapiński
Jeżeli przez elastyczność rozumiem możliwość uruchomienia nowych kierunków kształcenia, zgodnie z preferencjami przede wszystkim rynku pracy, to twierdzę, że łódzki system szkolnictwa zapewnia tę elastyczność. Wciąż dajemy propozycje. Pan przewodniczący wspomniał, że są doskonale wyposażone laboratoria, np. łódzkiego Centrum. Przecież to jest placówka miejska i mamy świadomość, że czasem lepiej pozwolić jej na zakup pomocy, trudno nawet powiedzieć, pomocy: stacji za milion złotych, żeby wiele naszych placówek korzystało z tej bazy, niż po kilkadziesiąt tysięcy rozdzielać na kilka obiektów. A jeżeli kiedyś propozycja pana prezesa zostanie zrealizowana, i będziemy dokonywali zmian w szkolnictwie zawodowym, będziemy mieli problem, co z tym wyposażeniem zrobić.
Ireneusz Jabłoński
Poruszamy się po zamkniętym kole: ponieważ nie ma chętnych do szkół zawodowych średnich, w związku z tym te szkoły nie realizują naboru, w związku z tym są rozproszone, drogie i tworzą jeszcze słabsze licea ogólnokształcące lub profilowane w miejscu, w którym powinno być technikum. Polityka zarządzania zasobami i oczekiwaniami, o których mówił pan rektor, polegałaby na tym, że definiujemy, ile i jakie szkoły w Łodzi mają być. Jeżeli potrzeba przekierować spory strumień młodzieży ze słabych albo bardzo słabych liceów, które dają najwyżej iluzję posiadania wykształcenia średniego i żadnego zawodu praktycznego, to po prostu trzeba liczbę tych słabych liceów ograniczyć. Ponieważ powinno być tak, że - powiem to brutalnie, ale uczciwie - szkoła nie jest dla nauczycieli czy władz miejskich. Szkoła jest dla młodzieży i powinna dawać szanse tej młodzieży, a nie schlebiać bieżącym oczekiwaniom. Oczywiście, że w dzisiejszej popkulturze młodzi ludzie kierują się wyborami. Iść do słabego liceum, gdzie będzie się przepychanym, bo jest taki jak to mówi młodzież „deal", że jak nauczyciel przepchnie, to będzie miał klasę w przyszłym roku... Czyli pomoże napisać maturę albo w inny sposób będzie wspierał słabego ucznia... Albo iść do szkoły technicznej. Gdzie trzeba nieco więcej wysiłku, bo przedmioty ścisłe na ogół kojarzone są z nieco większym wysiłkiem. Uważam, że my nie możemy iść na taką łatwiznę. Musimy w jakimś momencie użyć autorytetu organu prowadzącego, czyli miasta, do przekonstruowania samej sieci. I nie bać się roku czy dwóch na dostosowanie zachowań klientów-uczniów i rodziców, do pożądanych proporcji kształcenia. Bo w innym przypadku, jak to już zauważyliśmy, będziemy poruszali się po zamkniętym kole niemożności.
Hanna Zdanowska, posłanka
(głos w debacie z sali)
Z uwagą przysłuchuję się tej dyskusji. I powiem jedno - póki nie zmienimy albo nie zniesiemy Karty nauczyciela, póki nie podniesiemy poziomu edukacji, począwszy już od szkoły podstawowej - to wielu rzeczy nie zrealizujemy. Wiem, że szkolnictwo zawodowe jest bardzo istotne. Jak to się dzieje, że w całej Polsce są jednakowe tendencje - jest pięć czy siedem zawodów, do których mamy bardzo wielu chętnych: cukiernik, piekarz, kelner, mechanik samochodowy, fryzjer, kosmetyczka. I pozostałe pozycje, na które nie ma zainteresowania. Są zawody, na które jest moda. Ale sądząc po ofertach, praca jest również dla szwaczek. Zgadzam się, że trzeba bardzo duży nacisk położyć na promowanie szkolnictwa zawodowego, uświadamianie przede wszystkim rodziców. W tym wieku, w którym decyzje zapadają, duży wpływ na wybór szkoły mają jednak rodzice. Przykro mi, że na razie mamy tak mało doradców zawodowych - bo to oni powinni rozpocząć pracę przede wszystkim z rodzicami i uczniami. I powinny ruszyć akcje społeczne, podnoszące rangę szkolnictwa zawodowego. Przez wiele lat traktowano je jako szkolnictwo klasy „B". Zatem trzeba cały czas pamiętać, że powinniśmy propagować szkolnictwo zawodowe. Choćby po to, żeby odpowiadać na pytanie: jakie jest właściwie zapotrzebowanie? Tymczasem w urzędzie miasta nie ma żadnej, ale to żadnej korelacji z przemysłem. Nie ma wiedzy na temat potencjalnego zapotrzebowania na przyszłość. A żeby kształcić zawodowo, trzeba minimum kilka lat wcześniej wiedzieć, kto będzie nam potrzebny.
Jacek Człapiński
Nasza miejska jednostka dwa lata temu przeprowadziła badania rynku pracy. W pełni zgadzam się z opinią, że krótkie formy kształcenia są dziś lepsze dziś trzyletnie kształcenie na przykład fryzjera. Ale pamiętajmy o jednym - że system kształcenia powinien brać pod uwagę nie tylko to, że kolejny inwestor pod Aleksandrowem buduje fabrykę. Ta perspektywa musi być znacznie dłuższa. Jeżeli dziś nie ma naboru do szkół włókienniczych, to nie może być sygnał, że mamy te kierunki likwidować. Nie wyobrażam sobie takiego kształtowania sieci szkół. Ale zgadzam się w pełni, że musimy mieć bazę. Mamy potencjał, jeśli chodzi o nauczycieli, żeby kształcić w 80 zawodach. I nie chciałbym, abyśmy to zmarnowali.
Krzysztof Jóźwik
Panie dyrektorze, pan już zdefiniował problem: trzeba kształcić człowieka na poziomie ogólnym zawodowym i przystosować na krótkich kursach do wykonywania konkretnego zawodu. A nie będzie problemu z zamykaniem klas. Ogólnozawodowe kształcenie oznacza, że fizyka to fizyka. Tu nic się nie zmieni, bo jest jedna. I podstawy są jednakowe - w branżach. Natomiast później to jest tylko dostosowanie się do konkretnych zawodów, co wymaga warsztatów, bazy. To jest zdefiniowanie problemu. Musimy być przystosowani do tego, żeby wypuścić na rynek pracy człowieka przygotowanego do wykonywania konkretnego zawodu. A więc mówimy, że kształcimy ogólnozawodowo. Nie ogólnie, tak jak obecnie. I zrzućmy maskę fałszu, że wszyscy będą po maturze. I nie obniżajmy stale poziomu matury, bo wszyscy maturę muszą mieć. Nie! Niektórzy będą rewelacyjnymi pracownikami w obszarze swoich zawodów. I oni będą się w tym dużo lepiej czuli niż jako niedouczony maturzysta.
Ireneusz Jabłoński
Jesteśmy w tych prognozach w o tyle uprzywilejowanej sytuacji, że możemy obserwować, w jakim kierunku cywilizacji technicznej szły i idą nadal kraje znacznie bardziej od nas rozwinięte. Jesteśmy kilkanaście lat za nimi. Łatwo zorientować się, jakich nam będzie potrzeba specjalistów przy takim nasyceniu technologią i techniką, jakie dziś mają bogate Niemcy, Francja czy Beneluks. Zresztą, tamte kraje, zarzucając kształcenie inżynierów i techników, dziś wypełniają tę lukę naszymi fachowcami, Rosjanami, Rumunami czy Hindusami. To widać na ich ulicach. Po drugie, ku swojemu zdziwieniu stwierdziłem, że ktoś wymyślił, bez wyobraźni, iż dzisiaj, żeby zyskać dyplom technika, trzeba zdać drugi, trudniejszy egzamin od maturalnego. I to kiedy? Dwa-trzy tygodnie po zrobieniu matury. To jest oczywiście niemożliwe. W efekcie 75 procent młodzieży nie zdaje egzaminu technika. Zatem postulat do ministerstwa, żeby zechciało takie absurdy wyeliminować. Bo one powodują, że frustracja młodzieży, która przecież się przygotowuje do egzaminu, musi być gigantyczna. Skoro po czterech latach nauki nie ma fizycznej możliwości, żeby te dwa równe progi pokonać w sposób normalny.
Tadeusz Zawadzki
Rozmawiamy o tym, jak zaktywizować szkolnictwo zawodowe, ale w zasadzie tak, jakby to był problem kompletnie oderwany od rzeczywistości, w której żyjemy. Uważam, że byłoby o wiele łatwiej rozmawiać o tym, w jakim kierunku rozwijać szkolnictwo zawodowe, gdyby w mieście prowadzona była spójna polityka dotycząca jego rozwoju. Gdyby władze miasta i województwa zdecydowały o tym, na przykład, że przemysł odzieżowy nie jest skazany na zagładę, a wręcz przeciwnie - może być jedną z branż ważnych dla regionu. Dając preferencje pewnym gałęziom przemysłu, które chcielibyśmy rozwijać w Łodzi, widząc dla nich szanse z różnych powodów: komunikacyjnych, demograficznych itd., trzeba by wcześniej zrobić rzetelną analizę - które branże w mieście rozwijać. I przy spójnej polityce miasta i województwa, skupiając się na kilku ważnych dziedzinach - i zapraszając do nas inwestorów w tych kilku ważnych dziedzinach - może łatwiej byłoby nam tę Łódź, ziemię obiecaną, zbudować na nowo.
Janusz Moss (głos z sali)
Jako dyrektor łódzkiego Centrum Kształcenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego wciąż mam te dane przed oczyma: kiedyś dwadzieścia kilka procent uczniów kwalifikowało się do szkół ogólnokształcących, około osiemdziesiąt procent - do zawodowych. Dziś te proporcje są odwrócone. Ale to nie jest tylko problem Polski. We wszystkich państwach Unii Europejskiej szkoła zawodowa przeżywa kryzys. Dlatego tworzone są europejskie ramy kwalifikacji i polskie ramy kwalifikacji które mają powstać w ciągu najbliższych dwóch lat. W polskich ramach kwalifikacji, ma być wprowadzone kształcenie ogólnozawodowe, podstawowe dla zawodu oraz kształcenie specjalistyczne. Pierwsza sprawa podstawowa - nikt z pistoletem przyłożonym do skroni nie zapełni szkół zawodowych uczniami. W związku z tym musi być bardzo dobry: łódzki, wojewódzki, regionalny system doradztwa zawodowego. Kiedy robiliśmy w ubiegłym roku badania świadomości rodziców uczniów i uczniów gimnazjów, wyniki okazały się przerażające. Obraz pracy w wielu zawodach to XVIII i XIX wiek. W związku z tym trzeba system doradztwa zawodowego potraktować jako warunek sine qua non dla rozwiązania tego problemu. Po drugie: musi funkcjonować w Łodzi - i robimy wszystko, żeby powstało - obserwatorium rynku pracy. Obserwatorium, które ustawicznie będzie odpowiadać na pytanie, jakie kwalifikacje i jaki umiejętności są obecnie dla pracodawców najważniejsze. Już dziś prowadzimy systematyczne badania rynku pracy, ale sądzę, że obserwatorium umożliwi nam zdefiniowanie zasygnalizowanego tu problemu. Trzecia sprawa, bardzo istotna: powiązanie zinstytucjonalizowanego kształcenia z kształceniem nieformalnym. Szkoła przestaje być jedynym miejscem osiągania kwalifikacji zawodowych. Dlatego tak ważna jest koncepcja potwierdzania kwalifikacji cząstkowych, osiąganych w różnych miejscach. Jest ona obecnie opracowywana według wskazań Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej oraz Ministerstwa Edukacji Narodowej i powinna powstać w ciągu najbliższych dwóch lat. I sprawa ostatnia: standaryzacji kwalifikacji zawodowych, czyli odpowiedzi na pytania, jak wygląda norma opisująca obraz pracy i umiejętności, jakie powinien uczący się ukształtować na poszczególnych etapach swojej edukacji. Standardy i kwalifikacje mamy już dla 250 zawodów, które zostały w wyniku monitorowania rynku pracy uznane za najważniejsze. I będą one powoli wdrażane do praktyki edukacyjnej. Mamy już opracowane wszystkie programy kształcenia zadaniowego, modułowego, dla zawodów objętych klasyfikacją zawodów szkolnych. Przed nami wdrażanie. Ale to wdrażanie wymaga zmian w prawie oświatowym. Jeżeli chodzi o potwierdzanie kwalifikacji zawodowych, planuje się, że egzamin nie będzie prowadzony w czerwcu, tylko semestr przed maturą.
Waldemar Szulc (głos z sali)
Może to dziwne, że gdy mówi się o Projekcie Łódź, zjawia się przedsiębiorca z Bełchatowa, ktoś z miejscowości, która może być uznana za eldorado rynku pracy. Ale tak nie jest. Wskaźnik bezrobocia jest u nas prawie taki jak w województwie łódzkim i problemy zatrudnienia mamy podobne, a czasami może i większe. Pozwoliłem sobie wydrukować dziś w urzędzie pracy w Bełchatowie zestawienie ofert pracy. W lutym ponad 50 procent tych ofert przedsiębiorcy kierowali do pracowników z wykształceniem średnim czy zawodowym. Tylko trzy dla osób z wykształceniem wyższym. Połowa oferty była dla techników - mechaników, elektryków, budowlańców... Usłyszałem w czasie wypowiedzi panelistów: rynek edukacyjny. Czyli stworzenie mody na edukację w określonych kierunkach. Tylko kto ma to tworzyć? Tak naprawdę to niestety - uczelnie i chyba głównie media potrafią stworzyć warunki, żeby docenić pracę w zawodzie, związanym z techniką. Dlaczego, gdy oglądam ranking zarobków, przygotowany przez „Dziennik Łódzki", tę listę setek zawodów i wysokości dochodów, nie są wytłuszczone profesje techniczne? Pięknie ogląda się ludzi przy komputerach albo od ochrony środowiska. Ale ilu ich potrzeba? Dwa procent, może trzy. Mechanicy są nam potrzebni. ludzi i ich rodziców. To dopiero może zapewnić napływ do szkół. Kiedyś zastanawiałem się na spotkaniu w urzędzie pracy w Bełchatowie nad oceną efektywności kształcenia w szkołach średnich. Wykreował się model oceny szkół ponadgimnazjalnych, liceów. Powszechnie znane rankingi, ocena liczby olimpijczyków. Ale co z technikami? Co z inżynierami na poszczególnych kierunkach? Czy ktoś nie powinien monitorować po roku czy trzech, czy mają pracę w zawodzie, czy w ogóle mają pracę? Albo po szkole średniej - czy studiują. To, moim zdaniem, prosty inżynierski sposób weryfikacji efektywności szkół technicznych.
Krzysztof Jóźwik
Jeśli chodzi o weryfikację absolwentów szkół wyższych, jest realizowana. I dokładnie wiemy, ilu ich pracuje, oraz ilu w zawodzie. I jak szybko po ukończeniu studiów zaczęli pracować. Dla mnie to informacja, jako odpowiedzialnego za kształcenie, co robić dalej. Jeżeli prasa zainteresuje się tego typu wiadomościami, natychmiast je przekażę. Bo dla mnie jest to powód do chwały, jeżeli w ciągu pół roku 95 proc. naszych absolwentów znajduje pracę w zawodzie. To naprawdę jest coś, co rzadko się powtarza. Natomiast ten ranking musi być odpowiednio przygotowany. Bo jeżeli miarą klasy liceum jest liczba olimpijczyków, to jest to bardzo kiepski ranking. Olimpijczyk jest wykształcony w bardzo wąskim obszarze i on już po pierwszym, drugim roku nie daje sobie rady. To oczywiście nie jest regułą, ale - ma problemy. Ranking absolwentów opieramy o opinie pracodawców. I myślę, że dla szkół zawodowych i techników opinia pracodawców byłaby bardzo dobra. A to, czy duży odsetek pójdzie na studia, stanowi o renomie szkoły. Jeżeli będzie bardzo dobra, duży odsetek absolwentów trafi na studia, z czego ja z kolei będę zadowolony. Bo to będą lepsi kandydaci.
Marek Cieślak (głos z sali)
Tytułem wytłumaczenia - bo jako prezes Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej czuję się współsprawcą tego całego zamieszania: faktycznie jakiś czas temu nasi klienci powiedzieli tak: słuchajcie, zwabiliście nas, zaczęliśmy coś i zostawiliście nas samych sobie. Lata 2007-2008 to kompletnie rozchwiany rynek, rynek który przechylił się w stronę pracobiorców. Zaczęli dyktować warunki i to na kompletnie zwariowanych zasadach. Kto więc ma być tym niebieskim kołnierzykiem i pracować dalej w firmach? Dlatego podjęliśmy decyzję, że będziemy konsultować się i przekazywać dalej informacje, co dzieje się na rynku pracy. Bo wydawało nam się, że niezależnie od tego, czy wydział edukacji UMŁ i uczelnie to usłyszą, warto to w jakiś sposób zinstytucjonalizować. Dlatego cieszę się, że to spotkanie i taka dyskusja mają miejsce, może coś się z tego urodzi. Wydaje się, że ci wszyscy, którzy odpowiadają za rozwój regionu, powinni być także odpowiedzialni za to, jak rynek edukacyjny będzie wyglądał. niezłą szkołę techniczną. To nie jest tak, że skazujemy cię na całe życie na takie miejsce pracy. Próbujemy pokazywać, że to także daje możliwości awansu. I że naprawdę to nie jest czarna dziura, z której się już nie wybrnie. Pracodawcy nie są ideałami, ale są i tacy, którzy dbają o kadrę średnią i niższą, bo tak naprawdę bez niej nie ma rozwoju. Jeśli ktoś dziś decyduje się na zainwestowanie 100 -150 mln i więcej złotych czy euro w regionie, to wiadomo, że chce zostać przez lat kilka, kilkanaście. Niezależnie od tego, czy to prosta montownia, czy bardziej skomplikowany zakład. I trzeba mu umożliwić rozwój. Myślę, że dyskusja na temat szkolnictwa zawodowego, którą próbowaliśmy dziś wywołać, to początek prób przełamywania starego myślenia. O tym, że szkolnictwo zawodowe po pierwsze jest złe, po drugie - nie daje możliwości awansu i rozwoju, a po trzecie, że faktycznie nie stwarza możliwości sensownego samorealizowania się absolwentów tychże szkół. Szkolnictwo nigdy nie będzie się rozwijało. Myślę, że rozwiązanie leży raczej w zbudowaniu bardziej elastycznych ram. Byciu bardzo blisko siebie, komunikacji na bieżąco i większej elastyczności we współpracy.
Aleksandra Wójt (głos z sali)
Jako przedstawiciel BSH też się cieszę z tej dyskusji. Bo im więcej o tym mówimy, tym więcej możemy zaplanować działań i tym więcej wdrożyć propozycji, które mogą w przyszłości przynieść efekty. My również mamy klasy patronackie. I robimy wszystko, by ściągnąć do nich zainteresowaną młodzież. Młodzież, która wybiera zawód ze świadomością, co wybiera, z czym się dana profesja wiąże. Dlatego podczas naboru do szkół tak ważne jest, by zaczęto sprawdzać przystosowanie zawodowe chętnego. A zatem musi ulec rozwinięciu funkcja doradcy zawodowego, który sprawdzi predyspozycje do wykonywania danego zawodu. Tak, żebyśmy nie zmuszali dziecka do wybierania zawodu tylko dlatego, że taki jest najbardziej popularny i że takie jest zapotrzebowanie pracodawców. Ważne jest również zbudowanie w ogóle etosu pracy. Bo rodzice, dyrektorzy szkół mówią mi: dzieciom nie chce się uczyć, tym dzieciom nie chce się potem również pracować. Kształcenie zawodowe kojarzy się im z ciężką pracą. To dlatego może właśnie ta młodzież aż tak unika styczności z pracą. I może to jest także jeden z ważnych tematów, o których warto dyskutować na łamach prasy. W mojej firmie bardzo często pojawiają się porównania z naszym zachodnim sąsiadem. A tam zawód jest postrzegany bardzo prestiżowo. Bycie stolarzem - to jest zawód prestiżowy. I mój przełożony, dyrektor oddziału w Łodzi, z pochodzenia Niemiec, ciągle to powtarza: dobrobyt w Niemczech wypracowali właśnie rzemieślnik i handlowiec. A nie magister. Pewnie ma rację. Więc mam nadzieję, że my naszym działaniem, wszyscy przedsiębiorcy, którzy zakładają klasy patronackie - a ponadto takimi dyskusjami - też osiągniemy pożądany efekt: że ktoś będzie dumny z tego, iż wykonuje dany zawód.
Paweł Domarecki
Zbliżamy się powoli do końca tej dyskusji. Myślę, że poruszyliśmy wszystkie sprawy, które powinny zostać poruszone. Bardzo dziękuję panelistom i organizatorom. I jeszcze kilka słów podsumowania naszej debaty: problem braku odpowiednio wykształconych technicznie młodych ludzi rozwiązać mogą w Łodzi doradztwo zawodowe, przebudowa systemu i nadanie temu systemowi - szkolnictwa średniego zawodowego - cech projektu. Oraz wybór menedżera tego projektu. Do tego elastyczność, tworzenie systemu na podstawie bardzo dobrej kształceniowej bazy ogólnej i krótkotrwałych kursów specjalistycznych. No i oczywiście informacja, informacja i jeszcze raz informacja. W tej chwili piłeczka czeka na polu pana dyrektora Człapińskiego: pan się tu do pewnych rzeczy łodzianom solennie zobowiązał. Będziemy zatem to monitorować. Tak jak łódzkie uczelnie monitorują losy swoich absolwentów. Dziękuję panelistom za udział w naszej dyskusji a jej odbiorcom - za uwagę.