Projekt Łodź
Zobacz też
Tomasz Skupieński
Stanisław Radomiński
Leszek Jażdżewski
Leszek Kormoran
Ryszard Walter
Fala się wali, czyli szersze rozważania na temat majątku publicznego.
11 lutego 2009 Zbigniew Ludwig
Miasto zawiązało spółkę z prywatnym inwestorem wnosząc grunt i dziś posiada 24% udziałów, inwestor miał wnieść pieniądze oraz wizje rozwoju biznesu. Obecnie efekt jest następujący:

Spółka Aqua Park Łódź ma 57 mln złotych zadłużenia. Co miesiąc przynosi 280tys. złotych straty, a radni dyskutują, czy miasto ma ją dokapitalizować o 3,9 mln złotych, żeby mogła utrzymać płynność finansową.

 

Dlaczego tak się stało? Czy dysponowanie majątkiem do angażowania się w inicjatywy komercyjne podejmowane przez państwo, w tym wypadku samorząd, jest z zasady nieefektywne ekonomicznie, czy dotyczy, to tylko naszego miasta?

 

Prawdy podstawowe

 

Moim zdaniem, na początku należy zadać sobie pytanie, jaki jest cel posiadania jakiegokolwiek majątku dla jego posiadacza? Otóż celem tym jest przyniesienie właścicielowi jak największych możliwych korzyści.

W przypadku prawdziwie prywatnego właściciela sytuacja jest bardzo jasna. Chodzi o jak największy zwrot na zainwestowanym kapitale, o zarabianie jak największych pieniędzy, bądź też, co dla jednych jest mało ważne, ale też dla innych może być głównym celem aktywności, o korzyści emocjonalne. Mogą to być osobiste wewnętrzne satysfakcje z osiągniętych efektów i świadomości robienia czegoś pożytecznego, ale też publiczny prestiż, podziw i rozpoznawalność, które przyniosły sukcesy. Jakby nie oceniać poszczególnych możliwych motywów, to prywatny właściciel dążąc do ich osiągnięcia ryzykuje własnym majątkiem i czasem. Jeśli wybrał złe cele lub drogę do ich realizacji jedynie on sam poniesie dotkliwa karę utraty wniesionych przez niego w przedsięwzięcie zasobów.

No dobrze, każdy dąży do swoiście przez siebie pojmowanego sukcesu, jednak zdecydowanie nie wszyscy ten upragniony cel osiągają. Tak naprawdę udaje się to mniejszej grupie spośród wszystkich próbujących. Dlaczego jedni osiągnęli sukces a większość nie?

Otóż, na normalnym wolnym rynku, niezakłócanym interwencjami ze strony państwa, sukces osiągają te podmioty, które najlepiej służą swoim klientom. Czyli piekarz, który utrzymując takie same koszty produkcji jak konkurent wypieka smaczniejsze bułki przejmuje klientów konkurenta, przechodzą oni do niego, gdyż oceniają, że jego praca lepiej im służy. Możliwe jest też, że utrzymując podobną do konkurenta jakość dzięki lepszej organizacji obniży się koszty produkcji, więc można będzie zaoferować owe bułki taniej. I tutaj tak samo jak poprzednio przejmuje się klientów konkurenta, choć nie dzięki lepszej jakości, ale niższej cenie przy porównywalnej jakościowo ofercie.

Oczywiście te mechanizmy konkurencji dotyczą wszystkich dziedzin działalności w wolnej gospodarce, także takiej jak prowadzenie basenu. Tak samo, więc właściciel pływalni, klubu fitness czy fryzjer lub ogrodnik starają się przekonać klientów, że to ich usługi są korzystniejsze cenowo lub jakościowo od usług konkurentów. Warto zauważyć, iż wraz z usprawnieniami, które obniżają koszty, usługa staje się coraz tańsza i bardziej dostępna dla coraz większej grupy ludzi

Podsumowując, aby osiągnąć oczekiwane profity z racji posiadania majątku, należy go skierować tam gdzie ludzie tego naprawdę oczekują i będzie on wykorzystywany w sposób ekstremalnie efektywny, co przynosi korzyści wszystkim stronom.

 

Gmina kontra przedsiębiorca

 

Co się natomiast dzieje, gdy gmina angażuje się swoim majątkiem w przedsięwzięcia, które mogłyby prowadzić firmy prywatne? Moim zdaniem cel jest oczywiście taki sam jak dla prywatnego właściciela, czyli jest to przyniesienie właścicielowi jak największych możliwych korzyści. Jednak w tym przypadku teoria nie pokrywa się z praktyką. Otóż zarządcą i faktycznym właścicielem, nie jest całe społeczeństwo tylko grupa urzędników, oczywiście nie mówię tu o wszystkich urzędnikach jak leci, lecz mam na myśli kierownicze grupy, które zazwyczaj są ukształtowane w wyniku kompromisów polityczno-towarzyskich, które również starają się uzyskać dla siebie jak największe możliwe korzyści z racji dysponowania tym majątkiem. I tutaj jest właśnie największy problem, gdyż interesy właściciela/społeczeństwa i zarządzającego/władzy w socjalistycznej rzeczywistości własności państwowej, czyli niczyjej, jest niestety zazwyczaj bardzo sprzeczny.

Dla społeczeństwa najważniejsze jest, aby majątek był użytkowany jak najbardziej efektywnie. Jednak jak nas uczy doświadczenie - z okresu dziesiątków lat i ze wszystkich szerokości geograficznych - to prywatni przedsiębiorcy lepiej niż urzędnicy są w stanie wyczuć potrzeby klientów. Osoby, te są wyspecjalizowane w swoich dziedzinach w stopniu o wiele większym niż przeciętny urzędnik, mogąc reagować dużo szybciej, gdyż są lepiej zorientowane, do tego nie krępują ich formalne ścieżki decyzji, a przede wszystkim, mają do tego nieporównywalnie większą motywację. Jakże to odmienna sytuacja od położenia urzędnika, który w przypadku plajty nie ponosi osobistej odpowiedzialności, a w przypadku sukcesu może liczyć, co najwyżej na premię uznaniową.

 

Punkt widzenia urzędnika

 

Otóż ich interes jest całkowicie przeciwstawny z interesem mieszkańców. Choć zgodnie z doświadczeniem lepsze usługi będą świadczyć podmioty prywatne, to oznaczałoby to, że rządzący muszą się wycofać z bardzo wielu obszarów, pozostając przy infrastrukturze, wojsku, policji czy sądownictwie. A więc zakres władzy byłby się gwałtownie zawęził. Oznacza to, likwidacje ogromnej liczby stanowisk, na które można wstawiać swoich ludzi w celu budowania poparcia i jego wzmacniania w ramach polityczno-towarzyskiego układania się pomiędzy grupami interesów.

Założenie jest takie, aby mieszkańcy płacili w podatkach na różne wydziały, rady, komisje czy sztaby pod przymusem. Natomiast fakt, że majątek publiczny po zbyciu w otwartej licytacji lepiej służyłby klientom, a środki uzyskane ze sprzedaży odciążyłyby budżet miasta ze spłacania odsetek od zmniejszonej sumy zadłużenia, jest bez znaczenia z tego punktu widzenia.

Tutaj podam przykład, który nie wiem czy określić można jako straszny, czy też jako śmieszny. Jakiś czas temu w UMŁ powołano „Sztab Piotrkowska", na którym postanowiono radzić, jak to przychylić mieszkańcom nieba, aby ulica Piotrkowska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. No i zauważono, że placówek banków otwiera się przy Piotrkowskiej ostatnio dużo za dużo.

Logicznie patrząc na sprawę, to w bankach ludzie odpowiedzialni za rozwój sieci zauważyli, iż mieszkańcom taka lokalizacja odpowiada, więc jak to na konkurencyjnym rynku, starają się wyjść klientom naprzeciw, dotrzeć jak najbliżej do nich, ubiec konkurencję. A co wywnioskowali urzędnicy? Otóż to, że banków jest już za dużo i ludziom powinny starczyć te, które już są, a jak nie, to niech stoją w kolejkach, to może zrozumieją, iż korzystanie z usług bankowych na Piotrkowskiej szkodzi im samym i pozostałym łodzianom. W efekcie miasto nie będzie wynajmowało posiadanych przez siebie lokali na placówki bankowe. Ciekawe skąd ta wiedza, bo jeśli mylą się bankowcy, to stracą pieniądze wydane na przystosowanie lokali i na pensje pracowników. A jeśli mylą się urzędnicy to, co stracą?

Na pewno stracimy my, gdyż będziemy mieli mniejszy wybór i pewnie będą dłuższe kolejki, więc nastąpi klasyczne marnowanie czasu. Straci miasto i to na 100%, gdyż nie kwalifikując sporej grupy potencjalnych klientów zgodnie z podstawową wiedzą ekonomiczną, zmniejsza popyt na oferowane przez siebie lokale, a więc obniża uzyskaną za ich wynajęcie cenę. Zyskają właściciele nieruchomości prywatnych, gdyż w sposób oczywisty, sztucznie zwiększa się ilość chętnych na lokale, które mogą wynająć tylko od nich. Takie są twarde fakty, ale są też plusy, gdyż poza tym istnieje rzeczywistość medialna. Geniusze ekonomiczni ze „Sztabu" mogą zakomunikować mieszkańcom, że działają i walczą dla dobra Piotrkowskiej, dla Łodzi, czyli już zaraz będzie lepiej, a oni wspaniali lokalni patrioci oczywiście zasługują na docenienie. Jakie konkretnie będą tego efekty za kilka miesięcy, kogo to interesuje, kto będzie o tym pamiętał, ważne, że był komunikat w TV.

 

Blamanż publiczno-prywatny

 

Wchodzenie w spółki z prywatnymi inwestorami też jest bardzo groźne. Prywatna firma mając za partnera państwowy podmiot nie zachowuje się już tak odpowiedzialnie, gdyż liczy, że w przypadku problemów uzyska pomoc z podatków nas wszystkich. Przykład „Fali" jest tu wręcz klasyczny!

 „Zakładaliśmy, że oferta „Fali" trafi do 700 tysięcy łodzian, a okazało się, że tylko 400 tysięcy umie pływać" - tak Prinoz Longyka, prezes spółki, tłumaczył radnym kłopoty finansowe aquaparku „Fala". (za „Dziennik Łódzki", 4.12.2008)

Jeszcze „lepiej" wyszło z wielofunkcyjną halą sportową. Miasto miało wybudować i wynająć cały obiekt prywatnemu zarządcy, ale okazało się, że koszty budowy są takie, iż rata je pokrywająca jest za wysoka i nikt nie był chętny na wynajęcie na takich warunkach. Tak, więc władze miasta postanowiły, że same będą ten biznes prowadzić, czyli na 99% czekają nas kolejne dopłaty. Zamiast pieniędzy na remont ulic będziemy je przeznaczać na utrzymanie hali. W zamian będzie lepsze samopoczucie, gdyż będziemy gościć międzynarodowe imprezy w grach zespołowych i różni ważni ludzie będą się mogli pokazać i pochwalić w TV.  

Co ciekawe właśnie w miejscach, gdzie władza naprawdę jest potrzebna, tam się nie sprawdza - stan dróg czy brak planów zagospodarowania - urzędnicy nie potrafią doprowadzić do sytuacji, w której asfalt jest bez dziur, chodniki równo ułożone, a w weekendowe noce pijani nie tłuką opróżnionych butelek na Piotrkowskiej, ale koniecznie się uparli żeby kierować basenami, teatrami i hotelami.

 

Dobre przykłady

 

Oczywiście są inwestycje publiczne, które odniosły niekwestionowany sukces, jednak są to wyjątki potwierdzające regułę. Klasycznym przykładem może być muzeum Guggenheima w Bilbao, słynne ze względu na ultranowoczesny budynek, zaprojektowany przez Franka O. Gehry'ego. Od otwarcia stało się wielką atrakcją turystyczną, przyciągając zwiedzających do tego stopnia, iż podobno jedynie 20-25 % przyjeżdżających obejrzeć budynek decyduje się na zobaczenie ekspozycji wewnątrz.

Jednak widząc ten efekt należy pamiętać o setkach inicjatyw, które równolegle realizowane nie udały się, a przede wszystkim o tym, że na te wszystkie inicjatywy zostały ściągnięte podatki, które gdyby pozostały w kieszeniach ludzi to wywołałyby wiele bardzo pozytywnych działań, choć może nie tak spektakularnych. A zgodnie z tytułem króciutkiej opowiastki Frederica Bastiata „ O tym, co widać i czego nie widać", należy pomyśleć i o tych wielu nieznanych nam fantastycznych inicjatywach, które ułatwiałyby nam życie, lecz niestety nie dane im było powstać w wyniku biurokratycznych przeszkód lub też braku finansowania wynikłego z braku kapitału na skutek nadmiernego opodatkowania.

Tekst ten jest dostępny na stronie współpracującego z Fundacją Projekt Łódź Instytutu Ludwiga von Misesa:

//www.mises.pl/wp-content/uploads/2008/10/Frederic_Bastiat_Maly_wybor_pism.pdf

 - zachęcam naprawdę warto

 

 «  wstecz
Komentarze
*Autor:
*Komentarz:
* pola wymagane
Fundacja Orientacja abcnet Federacja Młodzieży WalczącejFREE Stowarzyszenie KoLiber  Instytut Soieskiego Instytut Tertio MillennioPolsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego
Asia-Europe Society ATLAS CADI CATO INSTITUTE The Heritage Foundation Manhattan Institute Policy Research
design by KAMIKAZE