Projekt Łodź
Ministerstwo Głupich Budów
02 lipca 2009 Wprost

Zapora budowana nieustannie od 90 lat. Albo lotnisko za 10 mln zł, z którego dziennie odlatuje dziewięciu pasażerów. A może podziemny parking za 20 mln zł z zabetonowanym wjazdem. „Genialnych" pomysłów państwo i samorządy realizują za pieniądze podatników wiele. Kto i dlaczego wydaje pieniądze na bezsensowne inwestycje?

Czytaj wersję pdf

Zapora budowana nieustannie od 90 lat. Albo lotnisko za 10 mln zł, z którego dziennie odlatuje dziewięciu pasażerów. A może podziemny parking za 20 mln zł z zabetonowanym wjazdem. „Genialnych" pomysłów państwo i samorządy realizują za pieniądze podatników wiele. Kto i dlaczego wydaje pieniądze na bezsensowne inwestycje?

Tama na Skawie w pobliżu Wadowic miała być jednym z największych i najnowocześniejszych obiektów tego typu w Europie. I byłaby, gdyby została uruchomiona w czasach, kiedy zaprojektował ją Gabriel Narutowicz, czyli ponad 90 lat temu. Tymczasem samo „wdrażanie projektu do realizacji" (polegające głównie na wysiedlaniu ludzi oraz szczegółowym zaplanowaniu budowy) trwało 70 lat. Pierwsze koparki pojawiły się u brzegów Skawy w Świnnej Porębie w 1986 r. I nie wyjechały stamtąd do dziś. - Jak tak dalej pójdzie, to dotrwam do emerytury, nadzorując tę inwestycję - śmieje się Piotr Jamka, dyrektor w Regionalnym Zarządzie Gospodarki Wodnej w Krakowie, który w pracach nad zaporą uczestniczy od 1979 r. - Przesunięcie linii kolejowej o sześć kilometrów, budowa trzech wiaduktów oraz odcinka drogi krajowej - samo uzyskanie kompletu zezwoleń dla każdej z tych inwestycji trwa co najmniej rok. Czeka nas jeszcze dużo pracy - mówi Jamka. Przyznaje jednocześnie, że nawet ambitny plan sprzed kilku lat, by oddać zaporę do użytku w 2012 r. także nie zostanie zrealizowany, ponieważ budowa nie otrzymała obiecanych 115 mln zł z budżetu państwa.

Skawińska tama to najdłużej realizowana inwestycja w Polsce. Ale nie jedyna i na pewno nie najgłupsza. Podobnych budowlanych nieporozumień jest mnóstwo. - Za dużymi inwestycjami ze środków publicznych lobbują lokalne środowiska, przekonując, że zarabia na tym region, projektanci, inspektorzy budów i wszelkiego rodzaju firmy. Tylko finansujący te przedsięwzięcia podatnicy mają z nich niewiele pożytku - mówi Marek Zająkała, wiceprezes Najwyższej Izby Kontroli.

Nic nie dodaje skrzydeł lokalnym władzom tak bardzo jak porty lotnicze. Dopiero tutaj ujawniają swój polot w trwonieniu pieniędzy podatników. Najlepiej widać to na przykładzie lotniska w Lublinku pod Łodzią. Kilka miesięcy temu tamtejsi radni zdecydowali o budowie nowego terminala za 500 mln zł, w którym będzie można odprawić trzy miliony pasażerów rocznie ( jedną trzecią tego, co Okęcie). Tymczasem w 2008 r. z Łodzi wyleciało zaledwie 350 tys. osób i raczej nie będzie ich więcej, bo łodzianie w większości korzystają z lotniska w Warszawie. Co więcej, wraz z zakończeniem lotniczej hossy swoje interesy powoli zwijają tani przewoźnicy będący dotychczas głównymi klientami łódzkiego portu. Po wyprowadzce LOT i Centralwings w Lublinku pozostał już tylko Ryanair. Nie odfrunął on jednak dlatego, że łódzki samorząd dorzuca do jego lotów ok. 10 mln zł.

Nic dziwnego, że przeciwko rozbudowie lotniska zbuntowali się sami łodzianie. - To polityczna fanaberia - ocenia inwestycję Ireneusz Jabłoński, przewodniczący rady fundacji Projekt Łódź. Dodaje, że za te pół miliarda złotych można by wybudować w mieście ponad 100 km ulic albo osiem bezkolizyjnych skrzyżowań.

REKLAMA

Szesnaście milionów złotych ma kosztować modernizacja Portu Lotniczego Babimost koło Zielonej Góry. Marszałek województwa widzi tam „powietrzną bramę Europy - jedyne rozsądne rozwiązanie dla przepełnionego nieba unii i Berlina". W Babimoście nie wylądował jednak jeszcze żaden samolot z pasażerami do Berlina. Nawet awaryjnie. Ale to może i lepiej, ponieważ ze względu na fatalną infrastrukturę drogową i kolejową ocaleni z powietrznego korka nad stolicą Niemiec turyści nie mieliby jak się dostać do odległego o 160 km miasta.

Efekt jest taki, że jedynym samolotem, który regularnie odlatuje z Babimostu, jest kursujący do Warszawy 18-osobowy odrzutowiec Jet Air. 90 proc. jego pasażerów stanowią lokalni politycy i notable, którzy nie płacą za przeloty z własnej kieszeni. Koszt biletów pokrywa za nich urząd marszałkowski, czyli - de facto - podatnik. Rok 2008 lotnisko zakończyło stratą w wysokości 2,7 mln zł. To jednak urzędników nie zraża i właśnie wyłożyli 4 mln zł na... ogrodzenie portu. Z Babimostu k. Zielonej Góry lata tylko jeden samolot, który przeważnie wozi miejscowych notabli. Modernizacja portu lotniczego ma jednak kosztować 16 mln zł

- U podstaw bezsensownych inwestycji najczęściej leży konkretna władza realizująca swoje obietnice wyborcze - mówi Marek Zająkała, wiceprezes NIK. Często obietnice te realizowane są latami i w momencie ukończenia okazują się już niepotrzebne. Latem 2007 r. oddano do użytku nowoczesny, wybudowany za kilkanaście milionów złotych, terminal do odprawy TIR-ów koło Świnoujścia. Działał jednak tylko kilka miesięcy, do grudnia 2007 r., kiedy to Polska weszła do strefy Schengen i z granic zniknęły wszystkie szlabany i celnicy. Olbrzymi, bezludny terminal dla ciężarówek wyrósł także na przejściu granicznym Zwardoń - Ujsoły w Beskidach. Ten jednak w kategorii śmieszności i bezsensu plasuje się jeszcze wyżej niż przejście koło Świnoujścia, ponieważ po słowackiej stronie przejścia obowiązuje... zakaz wjazdu samochodów ciężarowych.

Mistrzowie w trwonieniu pieniędzy podatników potrafią wydać je, by stworzyć sobie problem, a potem przeznaczyć kolejne miliony, aby bohatersko z tym problemem walczyć. Tak w Poznaniu walczono o największe na świecie ssaki lądowe. Za 37 mln zł w miejskim zoo wybudowano ponoć najnowocześniejszą w Europie słoniarnię. Ale kiedy na początku roku szykowano się do przecięcia wstęgi, okazało się, że w luksusowym zwierzęcym apartamencie zabraknie głównego lokatora. A to ze względu na wprowadzony w RPA zakaz eksportu słoni. Po dwóch miesiącach łapanki na „wolne" słonie w europejskich ogrodach zoologicznych udało się zdobyć dwa okazy – z Węgier i Izraela. Teraz miłośnicy zwierząt z poznańskiego samorządu snują plany rozbudowy miejskiego zoo o lwiarnię i gorylarnię.

Mieszkańców stolicy Wielkopolski nikt nie pytał o to, czy chcą, by słoń, lew i goryl mieszkali w apartamentach za mniej więcej 100 mln zł, czyli równowartość około 300 wykończonych pod klucz mieszkań. Podobnie jak nikt nie pyta warszawiaków o to, co sądzą o parkingu pod pl. Wilsona, na który – z winy urzędników – nie ma ani wjazdu, ani wyjazdu. To nie żart. „Parking", na którym nikt nigdy nie zaparkował, powstał podczas budowy stacji metra. Betonowa hala o powierzchni hektara znajduje się pod ziemią, nad torami kolejki. Wystarczyło tylko dobudować wjazd i wyjazd, a powstałby parking na 200 aut. Hydrobudowa-6, firma wykonawca stacji metra, wyceniła te prace na 12 mln zł, ale miejskie Biuro Inwestycji powiedziało nie. Robotnicy zabetonowali więc dostęp do parkingu. Samorządowcy obudzili się dopiero po pięciu latach. Igor Krajnow, rzecznik stołecznego Zarządu Transportu Miejskiego, przyznaje, że za kilka tygodni zostanie ogłoszony przetarg na projekt parkingu. Likwidacja „pustki technologicznej" – jak nazywają parking sami urzędnicy – będzie kosztować miasto około 20 mln zł, czyli niemal dwa razy więcej, niż proponowała Hydrobudowa-6.

– Remonty dróg, mostów czy torowisk w Polsce przeprowadza się całkowicie bez przemyślenia. To, że są one konieczne, wiadomo. Nie wiadomo natomiast, dlaczego ciągną się w nieskończoność, a prace na nich zamierają już popołudniu oraz w weekendy. To przecież najlepszy czas na budowanie – twierdzi Lars Bosse, szef Polsko- Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej. Miasto argumentuje, że opłacanie z publicznych pieniędzy ekip pracujących na drugą zmianę jest kosztowne. Nikt jednak nie zastanowi się, ile kosztuje benzyna spalana przez auta stojące w ogromnych korkach czy ile tracą fi rmy z powodu spóźnień pracowników do pracy.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że urzędnikom zwykle brakuje odwagi, by powstrzymać lawinę wydawanych bez- sensownie pieniędzy, co najlepiej widać na przykładzie gmachu Biblioteki Głównej Uniwersytetu Wrocławskiego. Budowie towarzyszyły wszystkie plagi związane z wydawaniem publicznych pieniędzy: korupcja, defraudacje, niegospodarność. Jeszcze nie zakończył się proces oskarżonego w tej sprawie głównego wykonawcy oraz pracowników uczelni, a już jej władze odtrąbiły powrót do projektu. Dokończenie gmachu, którego budowa ruszyła w 2003 r., pochłonie 139 mln zł. W budynku znajdą się magazyny, które pomieszczą 4 mln woluminów, czytelnia, gdzie będzie mogło pracować ok. 650 osób, oraz sale konferencyjne. Tymczasem, jak policzyli wrocławscy naukowcy, tylko odchudzenie zbiorów o książki, których naukowy żywot zakończył się wraz z marksizmem, oraz te, których nikt nigdy ani razu nie wypożyczył, oznacza zmniejszenie o 35 proc. całego księgozbioru. Poza tym – jak podkreślają specjaliści – tradycyjne biblioteki i czytelnie utraciły ekonomiczny sens istnienia kilka lat temu. Wszędzie na świecie gromadzenie zbiorów odbywa się już w formie cyfrowej. Tak jest m.in. w wielu bibliotekach uniwersyteckich w USA oraz w Bibliotece Narodowej w Paryżu. – Wydawanie ogromnych pieniędzy na budynek, który w chwili otwarcia będzie zabytkiem techniki, nie jest inwestycją w edukację i kulturę, lecz pogłębianiem cywilizacyjnego zacofania Polski – uważa dr Jerzy Marcinkowski z Instytutu Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego. 

Autor: Tomasz Molga, Maciej Czerniejewski

 

 

 

 

 «  wstecz
Komentarze
*Autor:
*Komentarz:
* pola wymagane
Fundacja Orientacja abcnet Federacja Młodzieży WalczącejFREE Stowarzyszenie KoLiber  Instytut Soieskiego Instytut Tertio MillennioPolsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego
Asia-Europe Society ATLAS CADI CATO INSTITUTE The Heritage Foundation Manhattan Institute Policy Research
design by KAMIKAZE