Prywatyzacja w Polsce
Paweł Szałamacha
Prywatyzacja w Polsce.
Moje dwuletnie doświadczenia zdobyte w Ministerstwie Skarbu Państwa mogą stanowić dobrą płaszczyznę do podjęcia próby zarysowania kierunków prywatyzacji, jakie powinny zostać wyznaczone w naszym kraju, jak również pomogą wskazać na sukcesy w obszarze prywatyzacyjnym przy jednoczesnym zasygnalizowaniu tych sfer, w których projektów nie udało się zrealizować.
Wydaje się, że panuje dość duży konsensus odnośnie do kwestii, że władza publiczna (zarówno samorządowa, jak i rządowa) może i powinna posiadać aktywa, dobra, bądź firmy, które służą zagwarantowaniu dostarczania tzw. dóbr publicznych. Choć środowiska libertariańskie będą stale podważały tą tezę utrzymując, iż firmy i stowarzyszenia prywatne zawsze będą w stanie zapewnić dostępność wspomnianych dóbr, spełniając te funkcje lepiej, taniej, skuteczniej i bez zbędnego przymusu. Wydaje się, że dziś główni aktorzy polskiej sceny politycznej zgadzają się na to, że rząd powinien być właścicielem komisariatów policji, sądów, koszar, itd. Analizując tą kwestię głębiej, rozpoczynają się jednak dyskusje i głosy z różnych stron.
Oczywiście należy wspomnieć, że państwo, nie tylko Polskie i nie tylko państwa współczesne, posiadało i posiada zdecydowanie więcej dóbr, aktywów, nieruchomości, firm, niż tylko te, które służą zapewnieniu tych podstawowych, twardych funkcji publicznych jak obronność czy wymiar sprawiedliwości. Dochody z królewszczyzn, ziem posiadanych tylko przez koronę, były używanie przez rządzących Rzeczypospolitą do wykonywania funkcji podstawowych. Następnie nastąpiła rewolucja ku dochodom z podatków w wieku XVIII/XIX wraz z przejściem do gospodarki kapitalistycznej. I ten zakres własności jest historycznie zmienny.
W Polsce panuje dosyć powszechny pogląd, że własność w tym rozumienia rozciąga się zbyt szeroko i jest pozostałością komunizmu. Twierdzę, że uzasadnione jest sprawowanie funkcji właścicielskich wobec przedsiębiorstw, które stanowią swego rodzaju szkielet dla funkcjonowania całej gospodarki, firm, które powinny stanowić niejako punkt wejścia i wyjścia dla systemu gospodarczego, styku dla kontrahentów zewnętrznych typu: porty morskie, sieci przesyłowe, nośników energetycznych, porty lotnicze.
Bardzo często własność publiczna tych firm, stanowiących szkielet gospodarki była także pochodną wykonywania zadań związanych z obronnością, bądź z polityką zagraniczną. Można podać przykład chociażby Kanału Sueskiego. Rząd brytyjski był właścicielem Kanału nie po to, aby zarabiać na opłatach za przesył towaru, ale było to funkcją jego obecności
i budowaniem jego imperium, budowaniem bezpiecznej drogi do Indii.
Oczywiście w Polsce również spotykamy się z poglądem, że wystarczy w stosunku do takich firm jak np. GazSystem czy Pern Przyjaźń (Przedsiębiorstwo Eksploatacji Rurociągów Naftowych Przyjaźń SA) zachować regulacje poprzez silne instytucje regulacyjne, czy też dbać o realizacje zadań administracji publicznej. Ale nie jest konieczna kontrola właścicielska, bezpośrednia własność czy posiadanie tych firm. Problemem była jednak
słabość tego typu organów regulacyjnych, które występowały w Polsce przez kilkanaście ostatnich lat, do roku 2005, kiedy to były przechwytywane przez firmy, wobec których miały wykonywać kompetencje władcze. Tak było np. w przypadku URTiP-u, który był zakładnikiem jednej tylko z firm, w których były one papierowymi tygrysami. W moim przekonaniu takim papierowym tygrysem była Komisja Papierów Wartościowych i Giełd.
Rozważając tą kwestię pojawia się pytanie czy rząd powinien posiadać więcej firm, niż te wąsko zakreślone sektory, w których by było dwadzieścia, trzydzieści firm. Oczywiście jest to powód zasadniczych debat.
Szereg osób jest przekonanych o tym, że podstawową i jedyną logiką działania korporacji, dużych firm, spółek prawa handlowego jest jedynie motywacja ekonomiczna, że są one całkowicie przezroczyste i nie mają zamiaru wpływać na politykę, na kulturę w kraju, •w którym funkcjonują. Chcą zarabiać pieniądze oraz robić to, co dobre, tzn. tworzyć nowe miejsca pracy.
Pamiętam moją rozmowę, z przed kilkunastu lat, z moim jednym przełożonym Francuzem, który powiedział, że w połowie krajów afrykańskich jest tylko ELF. „Elf” francuska firma sektora naftowego, jest jedyną strukturą, która jest nośnikiem jakiegokolwiek porządku
i cywilizacji w tym kraju. Oczywiście z jego punktu widzenia biła pycha, że ich przeszłość kolonialna powoduje, że byli tam jedynymi, którzy oświecali te biedne ludy.
Ale zachęciłbym do przyjęcia takiego poglądu, że korporacje nie są całkowicie przezroczystymi bytami, że mają własną logikę i czasami lubią rządzić i wpływać na to, kto rządzi. Wobec tego pojawia się pytanie, czy one są właścicielami rządu, państwa, czy też jednym z podmiotów, wobec których rząd formułuje reguły takie jak: związki zawodowe, korporacje zawodowe prawników, lekarzy itd. czy są suwerenem.
Z tego powodu jestem zdania, że w Polsce w wielu przypadkach, należy akceptować szerszy zakres własności publicznej, niż tylko, co do tych firm, o których mówiłem poprzednio. Przede wszystkim w energetyce, w sektorze naftowym i gazowym. Jest to związane także z tym, że Polska, pomimo iż kilka lat temu stała się członkiem NATO i Unii Europejskiej, nie do końca jest traktowana jako obszar dookreślony geopolitycznie. Tzn. przez Federację Rosyjską jest uważana za obszar z jej historycznymi wpływami, którymi to państwo cieszyło się przez ostatnie dwieście pięćdziesiąt lat.
I nawet gdybyśmy założyli, a takie głosy się pojawiały, że dokonamy prywatyzacji firmy PKN Orlen. Zacytuje na wstępie osobę, która kilka miesięcy temu była liderem opozycji, a dzisiaj jest premierem rządu. W „Forbes” latem ubiegłego roku, premier Tusk, powiedział, co następuje: „Ja nie powiedziałem, że nie sprzedamy resztówki Orlenu”. Mam nadzieję, że to się nie stanie polityką rządową, że nie zostanie to wdrożone. Przede wszystkim, dlatego, że nie możemy akceptować ryzyka polegającego na tym, iż w pierwszej odsłonie dokonujemy sprzedaży tej firmy, mniej lub bardziej dbamy o to by nabywcą była firma z kraju nam przyjaznego, z którymi wiążą nas więzy sojusznicze, natomiast nie mamy absolutnie żadnej gwarancji, iż w dalszej odsłonie, za dwa lub trzy lata, taki nabywca, co, do którego zdecydujemy (np. Amerykanie, Francuzi) czy jacyś inni nasi sojusznicy, wprowadzą naszą firmę w ich globalny system. Nie mamy gwarancji, że będziemy mieli bezpośredni dostęp do złóż, będziemy wzmocnieni kapitałowo, że nie zdecydują, iż z jakiejś transakcji międzynarodowej, nie rozliczyć się przykładowo za koncesję na Morzu Kaspijskim, Sachalinie, że nie sprzedadzą tego firmie, co, do której możemy mieć uzasadnione wątpliwości czy reprezentuje nam przyjazne interesy, a czy nie jest po prostu firmą będącą własnością czy kontrolowaną przez pułkowników KGB. Nie chciałbym, aby doszło do takich sytuacji, ponieważ tak naprawdę wybór, który posiadamy w odniesieniu do takich firm, polega mniej więcej na tym: albo one będą kontrolowane i wobec nich uprawnienia będą wykonywane przez polskich polityków, z tym wszystkim jak wygląda polska demokracja i jej jakość, ale to są osoby, na których mamy jakiś wpływ, albo się tego całkowicie zrzekniemy. Alternatywa w postaci funkcjonowania całkowicie apolitycznego, fachowego zagranicznego zarządu, a „polską tandetą”, jest fałszywą alternatywą. Niestety.
Oprócz takich gigantów jak Orlen czy PGNiG-e istnieje szereg firm, które warto sprywatyzować, co do których nie ma takiego ryzyka, bądź występuje w mniejszym nasileniu. Od lat mówiło się o sektorze węglowym. Rząd, który sprawował władzę w Polsce do listopada 2007 roku, Minister Gospodarki, zamierzał doprowadzić do wprowadzenia firm sektora węglowego na Warszawska Giełdę Papierów Wartościowych. Tym zajmował się Sekretarz Stanu
w Ministerstwie Gospodarki, pan Minister Tchórzewski, który krok po kroku „wyrąbywał” kolejne przeszkody, walczył o przyzwolenie społeczne. Podziwiałem jego cierpliwość.
W polityce oprócz koncepcji i idei jakiegoś idealnego wzorca, jest także podstawowa kwestia przeprowadzalności zamierzeń oraz (na co nie możemy się obrażać, skoro żyjemy
w demokracji i co cztery lata wybieramy rządzących) wyniku netto dla partii, która podejmuje ryzyko takich działań. Przykładowo, brytyjska partia konserwatywna, która podjęła ciężar prywatyzacji walijskich kopalń w latach osiemdziesiątych, bardzo długotrwały i bolesny proces, z demonstracjami, policja konną. No i co z tego wyniknęło? Od tego czasu Torysi nie wprowadzili żadnego posła w Walii. Walia jest wolnym od Torysów regionem. Rządzący musza brać pod uwagę, co jest na końcu drogi.
Oczywiście jest jeszcze cała rzesza firm, co do których można powiedzieć, że spełniają swoje strategiczne funkcje. Też pojawia się pytanie, czy powinna być prywatyzowana Telewizja Polska, Polskie Radio, czy też z innych przyczyn emocjonalno-kulturalnych, np. Kopalnia Soli w Wieliczce. My tą kopalnie jako MSP skomercjalizowaliśmy, bo to było przedsiębiorstwo państwowe, ale zdecydowaliśmy jasno, wiedząc, że to nie jest żaden przemysł strategiczny, nie jest to firma, która wykonywałaby jakieś niesamowite, ważne zadania, to z przyczyn emocjonalnych i kulturowych, po prostu, dlatego że jest dziedzictwem, pozostawiliśmy ją w gestii Skarbu Państwa.
Warto powiedzieć kilka słów na temat tego, w jaki sposób my przygotowywaliśmy procesy prywatyzacyjne i docelowy model zakresu obecności państwa w gospodarce.
Opracowany został projekt ustawy o nadzorze właścicielskim Skarbu Państwa, projekt ten upadł wraz z poprzednim sejmem. Jednym z załączników, aktów wykonawczych do ustawy była lista firm, co do których zdecydowaliśmy, iż państwo nie powinno wyzbywać się nad nimi kontroli, że powinno posiadać 51% akcji bądź udziałów. Na tej liście znalazło się prawie 80 firm. Zawsze można dyskutować, dlaczego to jest 80 firm, czy nie za dużo. Ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, że każdy większy ośrodek metropolitalny w Polsce jest miejscem gdzie zlokalizowane jest lokalne radio, gdzie każde jest oddzielną firmą, spółką prawa handlowego, to już przestajemy się dziwić, że ta lista ma 80 pozycji. Jeżeli jeszcze uznamy, że jest port Szczecin - Świnoujście, Port Północny w Gdańsku, Port w Gdyni, Wytwórnia Papierów Wartościowych, etc to liczba staje się dla nas jasna.
Chcieliśmy również zaproponować w tej ustawie, tą ścieżkę prywatyzacji, którą wstępnie wprowadzaliśmy - poprzez licytację, jako dodatkową procedurę, która była by wprowadzana podczas prywatyzacji. Próbnie już w obecnej ustawie o Komercjalizacji
i Prywatyzacji, latem 2006, wprowadziliśmy tą ścieżkę, co do pakietów mniejszościowych (nie więcej niż 10% akcji). Te doświadczenia były na tyle obiecujące, że chcieliśmy tą procedurę rozszerzyć i stosować do pakietów większościowych.
Dlaczego taka procedura? Przede wszystkim pozwala ona na zmaksymalizowanie parametru ceny, wydaje się najbardziej konkurencyjna i przeprowadzana w przejrzysty sposób. Parametry w obecnych procedurach są kwestią podjęcia negocjacji pomiędzy podmiotami zaproszonymi do negocjacji przez Skarb Państwa, występuje również ścieżka giełdowa, bądź przetarg. Sądzę, że wiele negatywnych emocji, które w Polsce były wokół prywatyzacji, wiąże się z tym, że w odniesieniu do tych kilku ścieżek, jest zbyt wiele przykładów na to, że tego typu prywatyzacje, pozostawiały wiele do życzenia, jeżeli chodzi też o cele, które miały by być zrealizowane, a które rekomendowali nabywcy, wycen tych firm, ich realizacji zobowiązań inwestycyjnych, itd. To chcieliśmy docelowo zostawić. To była normalna ścieżka ustawowa, wymagała normalnej dyskusji w parlamencie. Wybraliśmy firmy, co do których zdecydowaliśmy, że rząd będzie ich właścicielem, a pozostałe chcieliśmy przygotować do prywatyzacji po maksymalnie wysokich cenach.
Tych rzeczy dokonywaliśmy w międzyczasie, więc nasuwa się pytanie, co zatem robiliśmy przez te dwa lata?
Państwo Polskie, posiada udziały i akcje w około 1200 firm. Niemniej, taka statystyka jest zawodna, tzn. nie mówi całej prawdy o tym jak istotnie kształtuje się jego władztwo. Tych 1200 firm jest liczbą, którą bardzo często słyszymy w mediach. Słyszymy głosy ile firm i ile posad mają politycy w swojej gestii. Ale wiele z nich to są pakiety akcji mniejszościowych, dokładnie siedmiuset, które stanowią pozycje w bilansie, ale z których są czerpane niewielkie przychody, które są często trudno sprzedawane. My podczas niecałych dwóch lat zamknęliśmy ok 120 transakcji prywatyzacyjnych, różnych rozmiarów. Począwszy od transakcji pakietów mniejszościowych, wartych kilkadziesiąt tysięcy złotych, nad którymi także czasami też trzeba się nieźle napracować. Musza być sprzedawane zgodnie z procedurą, musi być przeprowadzona wycena, zgoda Rady Ministrów etc. Także aparat urzędniczy jest tym zajęty. A skończywszy na transakcjach wartych kilkaset milionów. Sprzedaliśmy kilka pakietów mniejszościowych, bardzo długo, uparcie negocjując ceny.
Podam przykład firmy Stora Enso Poland. Ta prywatyzacja bardzo dobrze pokazuje jak nabywcy grali na emocjach publicznych w mediach. Podczas kiedy my żądaliśmy konkretnego postąpienia cenowego, to jest pakiet mniejszościowy, więc to jest kwestia tego typu, że przedsiębiorca mógł powiedzieć: „nie przeszkadzacie nam, siedźcie sobie z akcjami, nigdy nie dostaniecie dywidendy, nie macie żadnego wpływu na zarząd. Macie 33% i nic
z tego Skarb nie będzie miał”. Ukazał się artykuł w rubryce gospodarczej w jednym
z dzienników codziennych, o tym, że Skarb Państwa przeszkadza inwestorom, co grozi tym, że stracimy inwestycje, bo firma zamierza dokonać rozbudowy swoich mocy produkcyjnych na w Białorusi albo w Rosji. Ostatecznie minister Piotrowski, osiągnął bardzo duży sukces. Uzyskaliśmy 320 mln złotych za nasz pakiet mniejszościowy. Uporządkowaliśmy strukturę właścicielską Skarbu Państwa.
Inny przykład to Polskie Huty Stali. Mittal Steel Poland, w którym Skarb Państwa posiadał 25% akcji. To był stan po prywatyzacji dokonanej w 2003 roku przez rząd SLD, mieliśmy pakiet mniejszościowy, także nie uzyskiwaliśmy z tego żadnych dywidend.
W międzyczasie wartość firmy oczywiście wzrosła, z różnych przyczyn, także z przyczyn leżących poza inwestorem, min. przez koniunkturę na światowym rynku stali. I to, co zastaliśmy to zobowiązanie sprzedaży tych akcji po 1 zł za sztukę. Zapisane w umowie, jako część pakietu prywatyzacyjnego zapisanego w 2003 r. Można oczywiście powiedzieć, że był to wynegocjowany pakiet, że firmie groziła upadłość, kiedy wchodzili Hindusi, państwo polskie pokazało, że kiepsko tym zarządza, doprowadziło do utraty płynności i równie dobrze mogłoby być to sprzedaż po cenie złomu, gdyby Mittal Steel nie zdecydował się kupić Katowic i Sendzimira z całkiem solidnymi przyległościami. I część tego porozumienia z 2003 roku było zobowiązaniem do sprzedaży akcji za złotówkę. My podjęliśmy negocjacje zmiany tego zapisu. Podjęliśmy ten bardzo trudny ciężar, na początku także byliśmy dezawuowani, pojawiały się artykuły w prasie, które mówiły, że się ośmieszmy, że odstraszamy inwestorów. I jednak po pół roku bardzo trudnych negocjacji, wynegocjowaliśmy podwyższenie tej ceny sześciokrotne, z 1 zł do 6,5 zł za akcję.
Żeby zobrazować, jaka to była istotna zmiana paradygmatu, zmiana fundamentalnego nastawienia, co do roli i obowiązków Skarbu Państwa, przytoczę anegdotę z jeszcze jednej transakcji.
Negocjowaliśmy sprzedaż firmy działającej w sektorze narzędziowym. Były kolejne rundy negocjacji, wykonaliśmy kolejną wycenę firmy. Zażądaliśmy postąpienia tej ceny, druga strona powiedziała nam, że są tym bardzo oburzeni, zmartwieni. Powiedzieli, że odkąd są
w Polsce, od tych kilkunastu lat, nikt ich jeszcze tak nie potraktował.
Oprócz tych transakcji, przy których wymuszaliśmy istotną wartość naszych firm, prowadziliśmy szereg działań restrukturyzacyjnych, ozdrowieńczych. Oczywiście, różnie można je oceniać. Także w szeregu wypadkach popełniliśmy błędy, ale moje przekonanie jest takie i tu mogę podać przykład kilku firm, w których udało się doprowadzić do szybkiej, pozytywnej zmiany kultury zarządzania, do przełamania pewnej inercji, gdzie osiągnięte zostały po dwóch latach pozytywne wyniki finansowe.
Znam kilka takich firm. Z Poznania znam firmę, która była na skraju upadłości, to była firma Tartaki Wielkopolskie „Witar”, w swoim czasie jeden z potentatów w Polsce. Osoby, które zarządzały tą firmą za SLD, nie interesowały się tak banalnym i nudnym tematem jak przecieranie drewna. Grali na giełdzie pieniędzmi spółki, a nie zamawianiem drewna w tartaku, przecieraniem go i rozkładaniem do składów. Jednak w miarę czasu dało się zrekrutować do firmy ludzi z rynku, z sektora prywatnego, ludzi, którzy uznali to za swoje wyzwanie zawodowe. I po roku osiągnęli pozytywny cash flow. Oczywiście jest jeszcze zadłużenie, ale firma jest sprzedawalna, nie grozi jej upadłość.
Takie były nasze zamierzenia na przyszłość.
Tekst został opracowany w oparciu o wystąpienie Pawła Szałamachy w Klubie Politycznym „Projektu Łódź” w dniu 11 stycznia 2008 r.
Paweł Szałamacha; prawnik i publicysta. W latach 1996-2003 ekspert Centrum im. Adama Smitha. Współzałożyciel i w latach 2003-2005 członek zarządu Instytutu Sobieskiego, zajmującego się tworzeniem programów społeczno-gospodarczych dla życia publicznego w Polsce. Od 2002 członek rady redakcyjnej Międzynarodowego Przeglądu Politycznego. Od grudnia 2005 pracownik Ministerstwa Skarbu Państwa, najpierw na stanowisku podsekretarza stanu, a od 5 stycznia 2006 do 13 listopada 2007 sekretarza stanu, odpowiadając m.in. za sektor finansowy. Autor publikacji z dziedziny prawa i ekonomii. Publikował m.in. w „Międzynarodowym Przeglądzie Politycznym”, „Rzeczpospolitej”, „Najwyższym Czasie” i „Gazecie Polskiej”.