Projekt Łodź
Niewykorzystane bogactwo Łodzi – wywiad z architektem Danutą Włodarską
07 czerwca 2008

- Dlaczego Łódź wybrała Pani na miejsce swojej pracy

-Wychowałam się i dorastałam w starej kamienicy na ulicy Gdańskiej. Pamiętam jak po obu stronach ulicy rosły wspaniałe wielkie drzewa. Chodniki były czyste, nawet ulica z kostki była posprzątana. Domy były jeszcze nie tak zniszczone i zapuszczone jak dziś. Trudno to opisać słowami, ale ta „stara, mieszczańska” Łódź miała niepowtarzalną atmosferę. Sklepik „u Żyda” pachniał w niepowtarzalny sposób. Tak samo jadłodajnia „u Szymki” przyciągała zapachem świeżych ziemniaków i przysmażonych skwarek. Obok był ciąg sklepów prywatnych na ulicy Legionów z przedmiotami o których wtedy można było tylko pomarzyć. Niedzielne, odświętne spacery po Parku Śledzia - taką pamiętam Łódź i bardzo mi przykro, że takiej Łodzi już nie ma. Z jednej strony człowiek się zmienia z drugiej niestety zaczęło zmieniać się i nasze miasto. 

-Zmieniać to znaczy unowocześniać, rozbudowywać ?

-Nie. To było coś innego. Nie jestem specem od historii, dlatego też ograniczę się tylko do kilku uwag. Po pierwsze władze komunistyczne zawsze traktowały Łódź jako rodzaj trójkąta bermudzkiego między Koluszkami, Kutnem a Sieradzem, dlatego też, przez długie lata nie inwestowano w miasto.
Po drugie w świadomości decydentów pokutował schemat miasta włókniarek, a czego do życia potrzebowała według władz komunistycznych przeciętna włókniarka ? Rzeczy najprostszych, czyli pomieszczenia na spanie i kilku sklepów, aby mogła wydać zarobione pieniądze. I to wszystko. I w myśl tej zasady „rozwijała się” Łódź. I tak z roku na rok wyrastały kolejne blokowiska – sypialnie otaczające zdewastowane centrum administracyjno – przemysłowe.
Na dodatek to centrum, czyli dawne kamienice kapitalistów nikt nie remontował, bo i po co ? W ten sposób Łódź na swój sposób wyrodniała, to co najciekawsze niszczało, a nowe było z natury rzeczy brzydkie.
Potem, po roku 1989 nastąpił swoisty, niekontrolowany boom. Na zrujnowane kamienice rzucił się blichtr taniego kapitalizmu. Nagle w ciągu kilku lat miasto na siłę upodabniano do standardowego wyglądu statystycznego miasteczka zachodniego. Reklamy w języku angielskim, kolorowe neony, wystawy, atrapy przepychu i dostatku, i koniecznie, aby było to krzykliwe i kolorowe. Na szczęście dla miasta byliśmy zbyt mało atrakcyjni dla kapitału zachodniego. Dzięki temu okres ostatnich dwudziestu lat nie spustoszył architektonicznie i urbanistycznie miasta, tak jak to się stało na przykład z Warszawą.
Spora grupa ludzi, w tym decydentów, zaczęła dostrzegać dawne piękno i oryginalność miasta. Ich decyzje i walka o realizację inwestycji  potwierdziło, że inwestując w dawną Łódź, zachowując charakter dawnych budynków, otrzymujemy rzeczy piękne, funkcjonalne, oryginalne i w pewnym sensie ponadczasowe.

-Mówi Pani to na podstawie swoich doświadczeń ?       

-Tak. Pomijam mniejsze prace nad renowacją poszczególnych budynków w Łodzi. Prawdziwą przygodę przeżyłam kiedy Izba Lekarska w Łodzi zakupiła zdewastowany pałacyk na Czerwonej 3. Prace odtworzeniowe trwały około pięciu lat. Dzięki zaufaniu zarządu Izby, dzięki ciężkiej pracy ekip wydaje mi się, że udało nam się przywrócić choć część świetności tej perełki. A trzeba było odtwarzać naprawdę wszystko – począwszy od parkietu, stiuków, a kończąc na kształcie mebli, zasłon, klamek. Była to tytaniczna robota, ale efekt przerósł wyobrażenia wszystkich. To był tak naprawdę najsilniejszy impuls, że po prostu warto walczyć o przeszłość we współczesnym opakowaniu.

-Potem była Politechnika Łódzka ?

-Można powiedzieć że moja przygoda z Politechniką Łódzką rozpoczęła się trochę wcześniej niż praca nad Izba Lekarską. A zaczęło się tak naprawdę od tego, że ówczesne władze Politechniki doszły do wniosku, że ze względu na totalną biedę nie otrzymają od władz miasta nowych terenów ani nowych budynków. W związku z tym najlepszym wyjściem będzie przejmowanie budynków po bankrutujących zakładach i po odpowiedniej przeróbce dostosowywanie ich do potrzeb dydaktyczno – naukowych. Na szczęście wkoło ulicy Wólczańskiej i Alei Politechniki, takich zakładów było dość dużo. Wtedy narodził się kolejny pomysł realizowany przez władze uczelni, aby planowo przejmując te dawne fabryki utworzyć rodzaj zamkniętego miasteczka politechnicznego. Dzięki zapałowi, uporowi i wytrwałości władz Politechniki pomysł ten udało się zrealizować. I w ten sposób stanęłam przed zadaniem jak wielkie, zaniedbane pomieszczenia zaadoptować i dostosować dla potrzeb Uczelni. Przyznam się szczerze, że była i jest to bardzo ciężka praca. Z jednej strony jest się ograniczonym stanem istniejącym zapuszczonych byłych fabryk z drugiej oczekiwaniami Inwestora, nie mówiąc już o normach europejskich i obowiązujących przepisach. No i zawsze w grę wchodziły pieniądze, których zawsze brakowało.

-Ale efekt budzi nadzieję i potwierdza tezę że stare może być piękne ?

-Zawsze fascynowała mnie czerwień cegły w tych fabrycznych budynkach, a także oszczędność i zarazem ich dopracowana elewacja. Przeprojektowując  budynek Biblioteki Głównej Politechniki Łódzkiej starałam się, aby te elementy zachować i powielić w nowodobudowanych częściach. Równocześnie starałam się, aby we wnętrzach zachowując gdzie tylko się dało elementy i charakter starego budynku uczynić go „przyjaznym”, maksymalnie funkcjonalnym dla osób korzystających ze zbiorów biblioteki.
Podobnie starałam się zachować proporcje między pięknem tego co przeszłe a funkcjonalnością miedzy innymi w budynku Studium Języków Obcych.

-Co dalej ?

-Pamiętasz popularną piosenkę o Łodzi i refren „miasto dymu i kominów” itd.? Pazerny kapitalizm i brak konsekwencji i kontroli ze strony władz miasta doprowadził do tego, że dziś w Łodzi nie ma już kominów. Jeśli nie zaczniemy walczyć o opustoszale budynki pofabryczne, za kilka lat nie będzie i po nich śladu. W końcu rachunek ekonomiczny mówi, że taniej jest je zburzyć i na tym miejscu postawić blaszak na stalowych konstrukcjach. Tylko po co ?
Mam nadzieję że wreszcie inwestorzy i decydenci zaczną doceniać inność miasta. Inność która przyciąga nie tylko ciekawskich i turystów, ale inność która przyciąga Pieniądz. Miasto zaczyna powoli odżywać. I mam nadzieje że odżyje. Bo proszę sobie wyobrazić choć część odrestaurowanej ulicy Piotrkowskiej wraz z podwórkami. Jeśli na dodatek wyobrazisz  sobie, że w większości budynki te w oryginale były pomalowane na jasne, pogodne kolory piaskowe i żółte, jeśli utrzyma się istniejącą wysokość zabudowy (3-4 kondygnacje) śródmieścia, to centrum naszego miasta będzie nie podobne do innych miast. Będzie nie dość że oryginalne, to i piękniejsze i ciekawsze. Będzie inne. A przecież kultura rozwija się nie przez to, że jesteśmy podobni do siebie ale dzięki temu, że się różnimy. Bo według mnie niewykorzystanym bogactwem Łodzi jest jej inność. Dlatego warto o nią walczyć. I być z tego dumnym.

- Dziękuję za rozmowę

 «  wstecz
Komentarze
*Autor:
*Komentarz:
* pola wymagane
Fundacja Orientacja abcnet Federacja Młodzieży WalczącejFREE Stowarzyszenie KoLiber  Instytut Soieskiego Instytut Tertio MillennioPolsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego
Asia-Europe Society ATLAS CADI CATO INSTITUTE The Heritage Foundation Manhattan Institute Policy Research
design by KAMIKAZE