„Jest miasto. Duże miasto. Wielkie miasto. Pełno ludzi. Jest tam ciasno. Hałas maszyn raz usypia a raz budzi. Jest szpital. Ciemny szpital. Duże okna w starym stylu."
Od jakiegoś czasu jednym z tematów, który przewija się przez łamy łódzkich mediów jest sprawa byłego szpitala na ul. Łagiewnickiej 36. Być może niewiele osób (zwłaszcza młodszych i spoza Bałut) zdaje sobie sprawę z jego istnienia i burzliwych losów. Zwłaszcza, że jest to niestety kolejny niechlubny przykład tego, jak traktuje się w Łodzi budynki tworzące kiedyś unikalną tożsamość miasta.
Szpital został wybudowany w latach 1927-1930 ze składek społecznych w ramach Łódzkiej Kasy Chorych. W trakcie II Wojny Światowej znalazł się on na terenie Litzmannstadt Getto. Tu od 1940 roku mieścił się Wydział Zdrowia i szpital nr 1. Szpital był świadkiem brutalnych wydarzeń podczas tzw. szpery w 1942 roku, gdy Niemcy postanowili usunąć z getta wszystkich starców, chorych i dzieci przed dziesiątym rokiem życia - ludzi ich zdaniem niepotrzebnych, bo nie mogli pracować. Podczas "szpery" wszystkie szpitale w getcie zostały zlikwidowane. Ludzi wyciągano z łóżek, byli siłą wpędzani do ciężarówek i zabierani na stację Radegast, skąd wywożono ich do obozu zagłady w Chełmnie i mordowano. A wszystko to w kontraście z potocznym rozumieniem szpitala jako miejsca pomocy, odpoczynku i niejednokrotnie ostatniej nadziei. Po "szperze" przy ul. Łagiewnickiej mieściły się zakłady krawieckie, w których szyto ubrania wojskowe i cywilne. Od końca sierpnia 1944 roku, po likwidacji getta, w dawnym szpitalu mieścił się obóz dla ludzi, którzy zostali wybrani do pracy na terenie Niemiec. Po wojnie znowu był tu szpital. Nosił imię Heleny Wolf, wpisano go do rejestru zabytków w roku 1971 i funkcjonował do końca lat 80. wieku jako szpital położniczy. W połowie lat 80. rozpoczęto remont, którego nie skończono z powodu braku funduszy. Nieruchomość przeszła pod zarząd gminy, a ta wystawiła go na przetarg. Chętnych nie było, gdyż inwestorów odstraszała wielkość nieruchomości (blisko 35 tys m²), stopień jej zniszczenia i to, że zgodnie z wolą magistratu miała w niej powstać placówka o charakterze medycznym. W 1989 roku Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie poprosiło zarząd miasta o podarowanie oryginalnych drzwi do szpitala w zamian za zrobienie nowych. Tak się stało i brama została przekazana do USA w roku 1990. Tymczasem szpital dalej popadał w ruinę.
„Zaraz przeznaczony będzie do rozbiórki. Wczołgają się dźwigi, inne urządzenia, walce.
Postawią dla ekip blaszane komórki, architekt wytyczy nowy zarys wskazującym palcem."
Na jesieni 1999 roku szpital za 1,8 mln zł kupiła poznańska spółka medyczna Korvita. Deklarowała, że zrobi ze szpitala luksusową prywatną klinikę dla zamożnych klientów. Z pomysłu nic nie wyszło, a spółka zbankrutowała. Tymczasem złomiarze zdemontowali wszystko co się dało (łącznie z dachem). Syndyk masy upadłościowej Korvity sprzedał szpital za 750 tys. zł Przedsiębiorstwu Handlu Zagranicznego MJS (obecnie Fors Poland) w sierpniu 2004. Nowy właściciel zaczął od koncepcji sklepu mięsnego w dawnym prosektorium (trzeba przyznać, że to pomysł godny Monty Pythona). Później chciał adaptować budynek na hotel z pasażem usługowo-handlowym i parkingiem. Miasto powiedziało sklepom "nie". Nie bez znaczenia były naciski lobby kupieckiego, które obawiało się konkurencji - wszak obok mieści się targowisko Dolna-Ceglana dające utrzymanie ponad 300 osobom. Od tego czasu, czyli już blisko 5 lat, trwają przepychanki pomiędzy prywatnym inwestorem a magistratem. Wydział architektury UMŁ przez kolejne miesiące nie wydawał pozwolenia na przebudowę i zmianę funkcji użytkowania, ponieważ właściciel miał postępowanie w nadzorze budowlanym o samowolę (zrobił trawnik i drogę). W maju 2006 roku inwestor dostał od miasta ofertę kupna nieruchomości za 200 tys. zł. Wiceprezydent Michalik tłumaczył wówczas, że Łódź nie skorzystała z prawa pierwokupu dwa lata wcześniej, gdyż nie sądziła że nowy właściciel nie będzie dbał o budynek. Jednak inwestor bez warunków zabudowy i tak nie mógł oficjalnie nic robić ze szpitalem. A decyzję o warunkach zabudowy zawieszono, gdyż... gmina przystąpiła do przyrządzenia miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Zirytowany właściciel napisał nawet skargę do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oskarżając miasto o przyczynianie się do rujnowania zabytku. W efekcie inwestor na warunki zabudowy czekał 3 lata. W czerwcu 2007 r. przygotowano projekt remontu i rozbudowy. Co naturalne, trzeba go było uzgodnić w najdrobniejszych szczegółach z wojewódzkim konserwatorem zabytków, architektem i inżynierem miasta. Dokumenty uzupełniano przez prawie dwa lata i w połowie kwietnia 2008 złożono wreszcie projekt budowlany. Urzędnicy jednak ciągle domagali się nowych dokumentów i uzupełnień. Np. urbanistyka po pięciu latach dopatrzyła się, że szpital stoi za blisko sąsiedniej działki i w związku z tym należałoby zamurować wszystkie okna na jednej ze ścian. Pietyzm urzędników magistratu w tej sprawie jest doprawdy godny podziwu. Szkoda, że nie zawsze są oni tak konsekwentni, prawda? Na znak protestu od dawna na froncie szpitala wiszą olbrzymie banery krytykujące władze miasta za doprowadzanie zabytkowego budynku do ruiny.
Plany inwestora są bardzo ambitne. Właściciel chce wyremontować szpital i zamienić na luksusowy hotel 5-gwiazdkowy, obok którego miałby funkcjonować 12-piętrowy hotel z trzema gwiazdkami. Między budynkami ma być łącznik z basenem, kawiarnią i restauracją oraz parking wielopoziomowy na 500 aut. Inwestycja pochłonie około 60 mln zł i przyniesie tysiąc miejsc pracy. Budynek po remoncie z pewnością będzie atrakcją turystyczną na terenie dawnego getta, zwłaszcza dla Żydów przyjeżdżających do Łodzi (których liczba dynamicznie wzrasta), którzy chętnie skorzystaliby z usług hotelowych.
„Jest szpital. Jasny szpital. Płoną okna w rzymskim stylu. Ja ukryty w tłumie gapiów kontempluję swój wyrób."
Urzędnicy nie chcą się zgodzić na budowę drugiego hotelu, bo do działki na tyłach szpitala nie ma dojazdu. Dlatego nie chcą wydać właścicielowi terenu decyzji o warunkach zabudowy, która pozwoli mu przygotować projekt i złożyć wniosek o pozwolenie na budowę. Do działki nie ma dojazdu, bo od lat nieprzejezdne są ul. Ceglana i prostopadła do niej Flisacka. Ulice zajmują kupcy z targowiska, dzierżawiący ten teren od miasta. Umowa niedługo wygaśnie, dlatego chcą ją przedłużyć na kolejne 15 lat. Zapowiadają, że zmodernizują targowisko (które póki co jest jednym wielkim śmietnikiem) poprzez budowę hali. Nie kryją też niechęci do inwestycji. Twierdzą, że hotel nigdy nie powstanie, a firma tak naprawdę chce stworzyć na działce konkurencyjne targowisko. Rozwiązaniem problemu może być zmniejszenie rynku i odsunięcie go od inwestycji hotelowej. Wtedy będzie możliwa budowa i hali targowej, i hotelu. Inwestorzy proponowali miastu wydzierżawienie targowisko za 100 tys. zł miesięcznie (obecnie wpływy do kasy miejskiej z tego tytułu wynoszą ok. 60 tys zł). Wtedy mogliby zmodernizować rynek w taki sposób, aby nie utrudniać dojazdu do planowanego hotelu. Ale magistrat nie był zainteresowany.
Tydzień temu sprawą zajęła się komisja rozwoju i działalności gospodarczej rady miejskiej. Wydała pozytywną opinię o 15 letniej-dzierżawie, ale warunkowo. Kupcy muszą zapewnić dojazd do szpitala od strony rynku na warunkach określonych przez architekturę. Przedstawiciele kupieckiego stowarzyszenia przystali na te warunki, natomiast niezadowoleni byli inwestorzy. Dojazd będzie udrożniony dopiero po wybudowaniu hotelu. A przecież nie można go wybudować, bo nie ma dojazdu. Póki co, trwają uzgodnienia by sąsiadujący z działką ZOZ użyczył swój, a drugi, od ul. Tokarskiej przekazała bałucka delegatura.
„Jest miasto. Duże miasto. Wielkie miasto. Pełno ludzi. Jest tam ciasno. Hałas maszyn
raz usypia a raz budzi. Jest szpital. Ciemny szpital. Duże okna w starym stylu."
Pomysłów na zagospodarowanie zabytku było na przestrzeni lat wiele. Oprócz wyżej przeze mnie wymienionych grupa naukowców z Poznania i Warszawy chciała stworzyć w nim prywatną szkołę techniczną. Natomiast Polsko-Izraelska Izba Handlowa zainteresowała się utworzeniem w nim muzeum getta i uważam, że była to najrozsądniejsza z punktu widzenia Łodzi propozycja. Ale miasto przespało najlepszy moment żeby to zrobić w 2004 roku. Zwłaszcza, że w listopadzie 2008 pojawił się pomysł budowy Centrum Dialogu, będącego interaktywnym ośrodkiem w którym przedstawione będą dzieje łódzkich Żydów i holokaustu. Budynek stanie w Parku Ocalałych przy ul. Wojska Polskiego a jego koszt budowy wyniesie ok. 12,5 mln zł. Połowę pieniędzy zapewni miasto, połowę dołoży Mordechai Zisser - prezes izraelskiej firmy deweloperskiej, a także szef Plaza Centers, czyli firmy, która wyburzyła Norbelanę... Inwestycja ta miała zbiec się z tegorocznymi obchodami 65. rocznicy likwidacji Litzmannstadt Getto, natomiast póki co nie ma żadnych konkretów co do wmurowania kamienia węgielnego (również z racji na sabotowanie pomysłu przez radnych Lewicy). Wiadomo, że miasto zapisało w budżecie 2009 na ten cel 3,76 mln zł. I w związku z tym za rok-dwa będziemy mieli kolejny nowoczesny szklano-metalowy budynek ( tym razem wpisany w park) zamiast umiejscowienia tego ciekawego i niewątpliwie potrzebnego projektu w murach historycznie do tego predestynowanych.
A co z planami Fors Poland? Czy Łodzi potrzebne są kolejne hotele (w tym pierwszy 5-gwiazdkowy)? Pewnie tak, zwłaszcza, że budowy Hiltona się najprawdopodobniej nie doczekamy. I z pewnością lepiej jest zaadaptować budynek z duszą i historią (kłania się udana rewitalizacja przędzalni Poznańskiego), niż budować kolejne klocki typu Campanille. Moje obawy budzi jednak umiejscowienie tej inwestycji w sąsiedztwie targowiska Dolna-Ceglana, Bałuckiego Rynku i okolic powszechnie uważanych za niezbyt bezpieczne (przepraszam z góry Bałuciaków za generalizowanie) oraz potencjalna opłacalność tego przedsięwzięcia. Świetnym i potrzebnym z punktu widzenia miasta jest koncepcja budowy parkingu wielopoziomowego (co zresztą jest powszechną praktyką w rozwijających się miastach Europy i czymś nieuniknionym dla Łodzi), tylko czemu właśnie tam, a nie w okolicach ul. Piotrkowskiej? Inną kwestią jest zdumiewająca i ciężka do racjonalnego wytłumaczenia niechęć magistratu do tej inwestycji. Zwłaszcza że wydawanie decyzji o przerobieniu fabrycznej spuścizny Łodzi na stertę gruzu przychodziło urzędnikom często nadzwyczajnie łatwo.
Panie i Panowie, mimo wszystko trzymajmy kciuki za inwestora. Łodzi zwyczajnie nie stać na stracenie kolejnego zabytku.
Jakub Skonieczko
Śródtytuły pochodzą z wiersza „Szpital Heleny Wolf" autorstwa Marcina Pryta. Marcin Pryt (ur. 1971) to łódzki poeta i wokalista zespołów 19 Wiosen i Tryp.